niedziela, 20 stycznia 2013
Ręka nadal tkwi w klozecie
Tottenham nie wywalczył w meczu z Manchesterem United jednego punktu, choć strzelony w drugiej minucie doliczonego czasu drugiej połowy gol na 1:1 może poniekąd na to wskazywać. Tak naprawdę Spurs, po raz kolejny w tym sezonie, będąc drużyną zdecydowanie lepszą od przeciwnika zaprzepaścili olbrzymią szansę na zgarnięcie całej puli.
Wywalczenie dubletu w spotkaniach z Manchesterem United byłoby dla zespołu Andre Villasa-Boasa wydarzeniem przewspaniałym. W mojej kilkuletniej (już niedługo jubileusz dziesięciolecia) karierze fana Tottenhamu nie doświadczyłem jeszcze tego uczucia, dlatego też w niedzielne popołudnie z wypiekami na policzkach chciałem przyglądać się grze londyńskiego klubu, który miał po raz drugi w tym sezonie pokonać "Czerwone Diabły". No bo skoro udało się na Old Trafford, to dlaczego ma nie wyjść przed własną publicznością?
W realizacji tego planu gospodarzom przeszkodziło kilka czynników, z których raptem jeden pochodzi spoza londyńskiego obozu. Był nim, a w zasadzie jest nim, Robin van Persie, który bez względu na to w jakiej drużynie występuje, zawsze musi popsuć kibicom Tottenhamu sporo krwi. Wcześniej wygrywał w pojedynkę derbowe starcia dla Arsenalu, tym razem był niesamowicie bliski osiągnięcia tego samego dla Manchesteru United. I choć ostatecznie na White Hart Lane padł remis 1:1, to od zwycięstwa przyjezdnych, lub też Robin van Persie Team, dzieliły dosłownie sekundy.
Tottenham bił głową w mur praktycznie od samego początku, o czym zresztą informują nas statystyki z tego meczu. Gra toczyła się głównie w okolicach pola karnego Davida De Gei, który dwoił się i troił, byle tylko zapewnić swojej drużynie zwycięstwo. Hiszpan do 92. minuty bronił wszystkie uderzenia zawodników Spurs, nawet te w sytuacjach sam na sam. I choć w większości jego parady wynikały z fatalnej dyspozycji napastników Tottenhamu, którzy zamiast w bramkę celowali w bramkarza, to jednak parę razy hiszpański golkiper stanął na wysokości zadania. A w sumie to osiemnaście, bo tyle, jeśli wierzyć statystykom BBC, celnych strzałów na jego bramkę oddali w tym meczu piłkarze Tottenhamu.
W tym momencie dochodzimy więc do kluczowej sprawy służącej opisowi tego spotkania. Brak skutecznego napastnika po raz kolejny mógł odbić się Tottenhamowi niezwykle bolesną czkawką. W lutym 2011 roku napisałem tekst opisujący fatalną sytuację z napastnikami na White Hart Lane. Od tego czasu w północnym Londynie nic się nie zmieniło. Tottenham wciąż nie ma nawet połowy napastnika. Bo gdyby ktoś taki znajdował się w składzie Spurs, w niedzielę Tottenham schodziłby z murawy z trzema punktami w kieszeni., gdyż dla normalnego snajpera wykorzystanie takich okazji, jakie zmarnowali Clint Dempsey i Jermain Defoe to bułka z masłem. Nie nazwałbym tego frajerstwem, choć gdy wyłączałem transmisję w 91. minucie nie sądziłem, że Spurs są w stanie wywalczyć jeszcze w tym meczu choćby punkt. W moich oczach to podstawowe braki w formacji ataku, które na finiszu rozgrywek mogą zaważyć na zajmowanym przez Tottenham miejscu. W zeszłym sezonie Spurs chcąc zapewnić sobie pewne miejsce w Lidze Mistrzów musieli wygrać raptem jedno spotkanie więcej. Podopieczni Harry'ego Redknappa nie osiągnęli jednak tego celu, głównie przez słabą postawę w drugiej części sezonu. Kto wie, czy w bieżących rozgrywkach nie czeka ich taki sam los? Los drużyny, która może osiągnąć wszystko, ale przez brak jednego zawodnika jest w tym konsekwentnie blokowana.
Aha, i jeszcze jedno: idioci, którzy rzucali śnieżkami w Patrice'a Evrę powinni dostać zakaz dożywotniego pojawiania się na stadionie. Poziom kibiców ligi polskiej.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



0 komentarze:
Prześlij komentarz