niedziela, 13 stycznia 2013
Jak pokochać klub bez sukcesów?
Eddie Izzard to jeden z najpopularniejszych, brytyjskich komików. Co ciekawe, lubiący przebierać się w damskie ciuchy artysta, jest również zapalonym kibicem piłkarskim. Jak się jednak okazuje, Izzard nie trzyma kciuków za żaden z klubów czołówki Premier League.
Eddie Izzard to brytyjski komik oraz aktor. Filmiki z jego udziałem, biją rekordy popularności na portalu Youtube. Izzard wygrał dwukrotnie nagrodę Emmy dla komików stand-up. Wyróżnia się niezwykle charakterystycznycm stylem uprawiania swojego zawodu. W swoich monologach dość często przeklina, a przez absurd swojego dowcipu jego dokonania często porównywane są do twórczości Monthy Pythona. Sam John Cleese przyznał kiedyś, że Izzard jest "zaginionym członkiem jego grupy". Dodatkowo występy Izzarda niezwykle często posiadają także elementy pantomimy oraz podział na role. Aktor znany jest również z głównej roli w serialu The Riches. Izzard występował także w takich filmach, jak: "Ocean's Twelve: Dogrywka", "Ocean's 13", "Opowieści z Narnii: Książe Kaspian", " Opowieści z Narnii: Podróż Wędrowca do Świtu", "Cień wampira", "Romanse i papierosy" czy "Blueberry".
Izzard znany jest przede wszystkim ze swojego transwestytyzmu. Na scenie często pojawia się ubrany w damskie ciuchy, określając samego siebie mianem "lesbijki uwięzionej w męskim ciele".
Mało kto zdaje sobie jednak sprawę z tego, że Eddie Izzard jest również zapalonym kibicem piłkarskim. O swojej miłości do jednego z londyńskich klubów, aktor napisał nawet w swojej biografii, której fragment postanowiłem Wam przedstawić.
Jestem niezwykle podobny do swojego ojca. Nie reagujemy zbyt emocjonalnie na sukcesy, bo zbyt wiele przeszliśmy już w życiu i doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że kolejne gówno może czekać tuż za rogiem. Pomimo to nie można nas określić mianem ponuraków.
Obecnie czasem pracujemy razem w ośrodku kultury w Sidley, miejscu, w którym mój tata dorastał. Moja babcia uruchomiła tę placówkę w 1949 roku. Uczyła mnie i mojego brata, gdy byliśmy razem w przedszkolu. Sprzedawałem lody w kiosku na dole wzgórza, a potem jeździłem na rowerze w poszukiwaniu miejsc, w których stacjonują żołnierze. The De La Warr Pavilion był miejscem, gdzie sprzedawałem kiełbasę, jajka, frytki i ciepłą herbatę starszym kobietom. Moim idolem był Spike Milligan, były żołnierz, który po zakończeniu II Wojny Światowej rozpoczął karierę komika. To właśnie na jego występy wydawałem większość zarobionych pieniędzy.
Kiedyś postanowiłem zadowolić mieszkańców Sidley i przedstawić im swój show. Wziąłem nawet reflektory z Hollywood, podobne do tych, które w trakcie wojny wyznaczały nocą miejsca lądowań samolotów. Dostaliśmy zgodę władz miasta, ale w trakcie występu, do mojego agenta zadzwoniła policja z pytaniem: "co się do cholery dzieje?". Sidley, po raz ostatni, tak jasne niebo widziało w trakcie nocnych nalotów bombowych w 1942 roku. Ludzie byli zdziwieni i pytali czy mogą wejść. Miło jest znów pracować z tatą, który obecnie jest skarbnikiem w centrum kultury.
W 1969 roku postanowiliśmy opuści Walię i wróciliśmy do życia w Bexhill. Razem z bratem chodziliśmy do szkoły w Eastburne. Pierwsza z nich nazywała się St. Bede i leżała u podnóża South Downs. Th Downs mają strome brzegi z mnóstwem kraterów bombowych, ponieważ brytyjskie samoloty, po powrocie z misji, musiały gdzieś zdetonować niewykorzystane bomby, gdyż nie mogły lądować z takim obciążeniem. Trafiło na tę właśnie okolicę, rzeźbiąc ją w niespotykany sposób.
Właśnie w takich okolicznościach przyrody przyszło mi grać w piłkę nożną. Uwielbiałem to, wtedy żyłem tylko i wyłącznie futbolem. Biegałem po boisku, raz grając na lewym, a raz na prawym skrzydle. Byłem nawet w pierwszej drużynie. Nie byłem najlepszym, ani najbardziej utalentowanym zawodnikiem na wykraterowanym boisku, ale byłem znakomity w wybijaniu futbolówki z linii bramkowej, gdy piłka mijała naszego bramkarza. A kiedy jakiś gość biegł z piłką do przodu, starałem się go dogonić, by mógł mi ją odegrać. Zawsze zostawiałem serce na boisku. Starałem się jednak unikać sytuacji, w których inni mogliby mnie zabić za nietrafienie do pustej bramki. Wolałem podawać. Szukałem lepiej ustawionych kolegów. Kiedy trener wyczytywał nazwiska chłopaków, którzy grają w meczu i ja też mogłem usłyszeć: "wstawiaj i zakładaj koszulkę, grasz", byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
W drugiej szkole, w Eastbourne, nie grali w piłkę. Woleli nudne rugby, krykieta czy hokej, ale futbol był tam traktowany na równi z szydełkowaniem oraz garncarstwem. To była idiotyczna decyzja. Po jakimś czasie zdecydowałem w ogóle zrezygnować ze sportu. Jeśli nie mogłem grać w piłkę, nie widziałem się w żadnej innej dyscyplinie.
Na studiach pomyślałem, że warto do tego wrócić. Po pierwszym treningu zdałem sobie jednak sprawę z tego, iż pięcioletni rozbrat z piłką nożną dał mi się poważnie we znaki. Ludzie, którzy grali zdecydowanie częściej ode mnie, traktowali mnie jak gówno i nie podawali futbolówki. Na moje nieszczęście, nie pasowałem do żadnego innego sportu. W krykiecie piłka zawsze starała się mnie uderzyć. Hokej był za szybki i nigdy nie nadążałem za krążkiem. Pracowałem bardzo ciężko nad techniką, aby spróbować dostać się do drużyny, ale nie potrafiłem wejść na poziom najlepszych chłopaków. W piłce nożnej byłem podstawowym zawodnikiem. Zagrałem czternaście spotkań, z których aż jedenaście wygraliśmy. Prawie wystąpiłem w reprezentacji swojego miasta. Byłem rezerwowym w meczu Eastbourne - Seaford.
W 1966 roku tata zachęcał mnie i mojego brata do oglądania mundialu. "Musicie to obejrzeć" - mówił. Odpowiadaliśmy nie i wkładaliśmy sobie klocki do uszu. Mieliśmy futbol powyżej dziurek w nosie.
Kibicowanie Crystal Palace to prawdziwe wyzwanie dla człowieka. To, co robi ta drużyna, w dużej mierze opiera się na regularnych awansach oraz spadkach z i do Premier League. Mój tata ogląda niemal każdy mecz na własnym terenie z wysokości trybun. Wujek także. Ja z bratem również często przyjeżdżamy na Selhurst Park. Siedzimy tam, gdzie zawsze siedzi wujek. Zajmujemy te miejsca od 1969 roku. Lubię Crystal Palace. W ostatnich latach walczymy o utrzymanie w Championship, lecz może nasze czasy kiedyś wrócą. Ktoś zapytał mnie kiedyś: "czy nie przesadzi, jeśli powie, iż Crystal Palace jest drużyną z dowcipów?". Odpowiedziałem mu, że powinien za to umrzeć. Gdy jestem na scenie, ludzie często zastanawiają się, jak ja to robię. W futbolu dzieje się to samo. Jakim cudem piłkarzom udaje się trafić piłką do takiej bramki? Choć w przypadku Crystal Palace pytanie powinno brzmieć: "jakim cudem im się to nie udaje?"
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)




0 komentarze:
Prześlij komentarz