czwartek, 7 lutego 2013
Polscy dziennikarze to kretyni
Od kilku lat staram się nie oglądać meczów piłkarskich z polskim komentarzem. Nawet tych transmitowanych przez Canal Plus, którego dziennikarze są na okrągło cytowani, szczególnie na jednym z najbardziej popularnych serwisów społecznościowych na świecie.
Zapewne postawicie w tym miejscu przede mną pytanie, dlaczego chcę być aż tak andergrandowy i wyróżnić się swoim protestem na tle gawiedzi, która z radością czeka na weekendowe spotkanie z Premier League na antenie kodowanej telewizji. Odpowiedź jest prosta - większość polskich dziennikarzy sportowych to zwyczajni kretyni. Nawet ci zatrudnieni w Canal Plus, bo i owszem, paru z nich reprezentuje odpowiedni poziom, ale reszta nie nadawałaby się do komentowania spotkań Blue Square North.
Przez kilka lat w "zawodzie" poznałem wiele różnych redakcji i w każdej zajmowałem się czymś innym. Owszem, nigdy nie zajrzałem do którejś z większych, aczkolwiek w tych przypadkach wystarczała mi zwyczajna obserwacja, by wyrobić sobie zdanie na ich temat. I nie jest to zdanie dla nich najprzyjemniejsze, chociaż zapewne nikt tych słów nie przeczyta. Niestety, tak to już w tym kraju jest, że posiadamy nie tylko kiepskich piłkarzy, ale także słabych dziennikarzy opisujących nieporadne zagrania futbolistów na krajowych pastwiskach.
I pół biedy, gdy dziennikarze zajmują się tylko timobajl ekstraligą. Mam ją w dupie, dlatego błędy popełniane przy komentowaniu tych spotkań zwisają mi luźnym kalafiorem i dyndają niczym chorągiewka na wietrze. Polscy komentatorzy nie ograniczają się jednak do tego. Ich wydumana omnipotencja zmusza każdego z nich do bycia ekspertem w każdej dziedzinie sportu i omawianiu wszystkich dyscyplin na tym samym, mizernym poziomie. To coś niesamowitego na skalę światową. Nie za bardzo jest się czym mimo wszystko chwalić, ale tak czy siak powinniśmy to rozgłosić wszem i wobec, że u nas dziennikarze nie są ekspertami tylko w wąskich dziedzinach. Oni są ekspertami od wszystkiego. How good is that?
Jak świat długi i szeroki nigdzie nie spotkałem się z instytucją zagranicznego Dariusza Szpakowskiego. Żaden zagraniczny dziennikarz nie próbuje być ekspertem w piłce nożnej, brydżu, kajakarstwie, koszykówce, rzutkach, bierkach, biegach na 345 metrów i 73 innych dyscyplinach. W naszym kraju natomiast nie mamy dziennikarzy odpowiednio wykształconych w jednej dziedzinie. Oni muszą znać się na wszystkim, przez co, łagodnie rzecz ujmując, gówno wiedzą o każdym z tematów, który nieudolnie starają się opisywać.
Gdy przemierzałem różne redakcje w jednej z nich zaproponowali mi dłuższą współpracę, lecz od razu zaznaczyli, że będę się tam zajmował ligą polską. Po krótkiej chwili namysłu zrezygnowałem. Nie ze względu na to, że już wówczas rysował mi się pomysł stworzenia własnego serwisu, ale w głównej mierze dlatego, że się na polskiej piłce nie znam. Sądzę, że to uczciwe podejście do sprawy. Nie lubię pisać na tematy, o których nie mam bladego pojęcia i udawać wielkiego eksperta w dziedzinach mi kompletnie obcych. Przedstawiłem całą sytuację jasno: jeśli mam zajmować się czymś, na czym się nie znam, to wolę zrezygnować z tworzenia swych myśli nawet dla jednego z większych serwisów piłkarskich w Polsce. Tak, mógłbym być sławny, ale mi się nie chciało.
Poznałem też milion ludzi, w mniejszym lub większym stopniu piszących o piłce nożnej. Część była zdecydowanie młodsza ode mnie, inni byli kilka/kilkanaście lat starsi. Kilku pewnie zrobi w przyszłości (już zrobiła) jakąś tam karierę. Możecie być jednak pewni, że zagranicą żaden z nich nie przebiłby się dalej niż do gazetki szkolnej. Bo pisali, piszą i będą pisać zbyt słabo. W tym dziwnym kraju to jednak wystarcza i dziennikarskimi guru mogą być Rafał Nahorny czy Włodzimierz Szaranowicz. Odrobina szczęścia, szczypta wiedzy oraz kurczowe trzymanie się stołka - ot i cały przepis na sukces. Ludzie z jakąkolwiek ambicją od tego światka będą stronić. Bo po kilku latach poznawania go od środka przestałem już wierzyć w to, że na samej umiejętności składania liter w słowa można cokolwiek wygrać.
Polscy dziennikarze takich skrupułów już nie mają. Chęć zarobku przesłoniła im trzeźwy ogląd rzeczywistości. Bo przecież, gdyby się nad tym choć chwilę zastanowić, robienie z siebie kretyna, nawet za kasę, na dłuższą metę nie ma w zasadzie żadnego sensu, jeśli oczywiście posiada się odrobinę szacunku do własnej osoby. W naszych gazetach, telewizjach i rozgłośniach radiowych patrzą jednak na to inaczej. I im obojętne jest, czy Javier MarszczyRano czy po południu. Ważne, by w ogóle marszczył na boisku.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



0 komentarze:
Prześlij komentarz