Powered By Blogger

czwartek, 14 marca 2013

Kryzys szansą na dominację


Stało się. Ostatni angielski klub w tej edycji Ligi Mistrzów pożegnał się z rozgrywkami. Po raz pierwszy od 1996 roku Anglia nie ma swojego żadnego przedstawiciela w fazie ćwierćfinałowej najbardziej elitarnego turnieju na Starym Kontynencie. "Europa nas dogoniła" - grzmi Arsene Wenger i poważnie zastanawia się nad przyszłością piłki na Wyspach Brytyjskich. Pytanie brzmi jednak, czy faktycznie tak jest?

Analizując postawę londyńskiego Arsenalu w rewanżowym starciu z Bayernem Monachium można odnieść wrażenie, że "Kanonierzy" odpadli z tych rozgrywek, bo mieli odrobinę mniej szczęścia. Bayern, tak jak w zeszłej edycji w meczu z Chelsea, był drużyną zdecydowanie lepszą; przeważał i stwarzał sobie mnóstwo sytuacji podbramkowych, lecz nie potrafił z nich skorzystać. Między słupkami bramki Arsenalu świetnie radził sobie Łukasz Fabiański, który wrócił do składu "Kanonierów" po kilkunastomiesięcznej przerwie. Polski bramkarz bez większego problemu zatrzymywał Arjena Robbena, Mario Mandżukicia czy Tony'ego Kroosa udowadniając, że Wojciech Szczęsny wciąż ma w nim poważnego konkurenta. W ataku natomiast "The Gunners" byli zabójczo skuteczni. Już w trzeciej minucie nadzieję w serca fanów z miasta nad Tamizą wlał Olivier Giroud, a płomień pomyślności w samej końcówce podpalił Laurent Koscielny. I choć tak naprawdę były to w zasadzie jedyne groźne sytuacje stworzone w tym meczu przez Arsenal, to mając w pamięci wymienione wyżej starcie Bayernu z Chelsea, od awansu podopiecznych Arsene'a Wengera dzielił w zasadzie mały krok.

Arsenal jednak odpadł, co natychmiast uruchomiło lawinę komentarzy na Wyspach Brytyjskich. Większość dziennikarzy jest ze sobą zgodna: angielski futbol znalazł się w letargu i tak bolesny cios może go ze snu zbudzić. Kluby w Europie wydają coraz więcej na nowych piłkarzy, podczas gdy w Premier League szalają raptem  dwa kluby: Chelsea oraz Manchester City. Oba zresztą pożegnały się z Ligą Mistrzów już w fazie grupowej. Przypadek?

Pytać w tym miejscu można jednak również o to, jak spisałby się Arsenal, gdyby nie plaga kontuzji, jaka nawiedziła ekipę z Emirates Stadium. Czy przy wyniku 2:0 dla "The Gunners" o strzeleniu gola dającego awans nie zadecydowałby chociażby Jack Wilshere i jego zawziętość oraz ambicja? A może swój były klub pogrążyłby Lukas Podolski, którego na Allianz Arena również zabrakło? Na te zagwostki nie poznamy już jednak odpowiedzi...

Czy jest to więc sygnał dla właścicieli angielskich drużyn, że pozostała część Europy dogoniła futbol w brytyjskim wydaniu? Patrząc na zespoły, które dostały się do ćwierćfinałów trudno jednoznacznie stwierdzić. Paris Saint-Germain to drużyna zbudowana wokół pieniądze. Podobnie sprawa wygląda z hiszpańską Malagą. Gdy katarskie pieniądze nie płynęły szerokim strumieniem na Parc de Princes i Estadio La Rosaleda o sukcesach tych klubów raczej nie mówiono. I to nie ze względu na niechęć do obu zespołów. Po prostu owych sukcesów nie było.

Real Madryt i FC Barcelona to sprawdzone marki, które wymieniane są w gronie europejskich potęg od kilkudziesięciu lat. Ich obecność w tej fazie Ligi Mistrzów dziwić nie może, choć "Królewscy" tak daleko w najlepszych rozgrywkach piłkarskich na Starym Kontynencie grają ostatnio raz na jakiś czas.

Sporym zaskoczeniem jest tylko obecność mistrza Niemiec, Borussii Dortmund, oraz przedstawiciela tureckiego futbolu - Galatasaray. Przedstawiciele najbardziej popularnego, niemieckiego klubu w Polsce gładko rozprawili się z Szachtarem Donieck, natomiast "Galata" odprawiła z kwitkiem Schalke 04, remisując 1:1 u siebie i wygrywając 3:2 na wyjeździe.

Pytanie brzmi więc, czy dlatego, że klubów angielskich nie ma w ćwierćfinale Ligi Mistrzów mówić można o jakimkolwiek kryzysie piłki na Wyspach? Wydaje mi się, że nie. Arsenal miał wielkiego pecha. Gdyby sędzia nie dopatrzył się spalonego w sytuacji Theo Walcotta (choć Anglik na pozycji spalonej nie był), to najprawdopodobniej przedstawiciele "Kanonierów" w piątek z zaciekawieniem przyglądaliby się losowaniu par ćwierćfinałowych. Podobnie sprawa wygląda z Manchesterem United, który odpadł w 1/8 po konfrontacji z Realem Madryt. Konfrontacji, którą zabił turecki sędzia Cuneyt Cakir wyrzucając z boiska Naniego. Do tego momentu "Czerwone Diabły" kontrolowały grę, były zdecydowanie lepsze od "Królewskich", a co najważniejsze - prowadziły 1:0. Dopiero gra w przewadze jednego zawodnika spowodowała, że Real był w stanie odrobić straty.

Dziś do boju ruszą jeszcze kluby walczące w nieco mniej elitarnych rozgrywkach Ligi Europy. Tu szanse na awans do ćwierćfinału mają aż trzy angielskie zespoły. Największe Tottenham, który pokonał u siebie Inter Mediolan 3:0 i do Włoch pojechał właściwie załatwić wszelkie formalności z tym awansem związane.

W ćwierćfinale może zagrać także Newcastle, które w pierwszym meczu zremisowało bezbramkowo z Anży Machaczkała. Przegrała jedynie Chelsea; 0:1 ze Steauą Bukareszt na wyjeździe. U siebie jednak "The Blues" tę niewielką stratę są w stanie odrobić. Szczególnie, jeśli na murawę Stamford Bridge wyjdą odpowiednio zmotywowani.

W przypadku Ligi Europy nie mówi się więc o żadnym kryzysie angielskiego futbolu. W tych rozgrywkach hiszpańskiego honoru broni Levante, francuskiego Bordeaux, niemieckiego Stuttgart, a włoskiego Inter oraz Lazio. I tylko Rosja, tak jak Anglia, ma jeszcze trzy kluby w 1/16 Ligi Europy.

Wembley w tym roku nie będzie świadkiem tryumfu angielskiego klubu w Lidze Mistrzów. Zapewne zmotywuje to zespoły Premier League do wydania jeszcze większych sum w letnim okienku transferowym. A kupować na Wyspach ma przecież kto. Włodarze Manchesteru City nie zniosą odpadnięcia z Ligi Mistrzów po raz trzeci z rzędu w fazie grupowej. Dla Manchesteru United brak gry w ćwierćfinale Champions League to plama na honorze. Chelsea, która latem zeszłego roku wydała tryliard funtów na nowych piłkarzy i tym razem będzie chciała dodatkowo wzmocnić swój skład. Pytanie, kto zajmie czwarte miejsce premiujące grą w Lidze Mistrzów. Tottenham Andre Villasa-Boasa? Jeśli tak, to przed angielską piłką, pomimo pozorów kryzysu, otwierają się kompletnie nowe możliwości. Możliwości panowania na Starym Kontynencie przez kilka najbliższych lat.

0 komentarze:

Prześlij komentarz