Powered By Blogger

sobota, 16 marca 2013

Przed blokiem walczysz, a nie grasz w tiki-takę

Jeśli w tym sezonie walka o utrzymanie w Premier League będzie tak zacięta, jak spotkanie Queens Park Rangers z Aston Villą, to do ostatniej kolejki nie będziemy do końca wiedzieli, które drużyny pożegnają się z Premier League, a jakie byt w najwyższej klasie rozgrywkowej w Anglii zachowają.


Meczowi QPR z "The Villans" przyglądałem się z wielu względów. Po pierwsze, Aston Villa jest jednym z tych klubów, bez których nie wyobrażam sobie rozgrywek Premier League. Po drugie, trzymam niesamowicie mocno kciuki za Paula Lamberta i jego młodzież, głównie z powodu niezwykle odważnych roszad dokonanych latem zeszłego roku, kiedy to były menedżer Norwich City obejmował posadę trenera klubu z Birmingham. Po trzecie, o czym wielu z Was wie, nie chciałbym, żeby QPR utrzymało się w lidze. Po czwarte, nie darzę Harry'ego Redknappa większą sympatią. Po piąte, w Aston Villi gra jeden z moich ulubieńców - Christian Benteke. Po szóste, "The Hoops" wygrali dwa mecze z rzędu i ogromną radość sprawiłoby mi oglądanie przerwania tej passy. Czy to wystarczająca liczba powodów do tego, by odpuścić sobie pozostałe mecze i przenieść się na te dwie godziny na Villa Park?

Aston Villa ma w tym sezonie ogromnego pecha. Rozbita przez ogromną liczbę kontuzji podstawowa jedenastka "The Villans" została odmłodzona, a część syfu pozostawionego przez Alexa McLeisha, który trafił na ławkę trenerską Aston Villi z niebieskiej części Birmingham, posprzątana. Paul Lambert od samego początku nie miał łatwo - jego drużyna przegrywała mecz za meczem i to przegrywała różnicą kilku trafień. Gdy jednak łapała formę, potrafiła wygrać z każdym (chociażby na wyjeździe z Liverpoolem i to aż 3:0).

Aston Villa dodatkowo w końcu przestała być budowana tak, jak obecnie budowane jest QPR. Randy Lerner, właściciel "The Villans", ma przecież kasę na nowych zawodników i jeszcze dwa-trzy lata temu wydawał ją nad wyraz chętnie na przeciętnych zawodników z dużymi nazwiskami. Tak, na przykład, na Villa Park trafił chociażby Darren Bent, który, siedząc dziś na ławce rezerwowych, najprawdopodobniej zastanawia się, dlaczego ktoś do jego nazwiska wyświetlanego na tablicy świetlnej po strzeleniu gola dodaje końcówkę -eke.

Nie liczące strat Queens Park Rangers tymczasem wybrało kompletnie inną drogą w walce o utrzymanie. Na Loftus Road nikt nie myśli w stopniu większym od niezbędnego o przyszłości tego klubu. Liczy się tu i teraz. Teraz, czyli utrzymanie w gronie Premier League za wszelką cenę. Bez jakiejkolwiek oceny tego działania. Remy, Samba, Bosingwa, Julio Cesar - już tylko ci piłkarze najprawdopodobniej zarabiają więcej niż cała podstawowa jedenastka Aston Villi, a przynajmniej są to kwoty do siebie niesamowicie zbliżone. Nie chcę się wypowiadać o tym, czy wysokie zarobki są dobre, czy złe. Jeśli jesteś w czymś dobry, powinieneś otrzymywać adekwatne do umiejętności wynagrodzenie. Bez względu na to, czy jesteś stolarzem, kelnerem czy piłkarzem. No, chyba że jesteś piłkarzem Queens Park Rangers. Wówczas twoje umiejętności są mniej ważne. Na pierwszy plan wybija się bowiem twoje nazwisko i to, jak wysoko jesteś oceniany przez piłkarskich "ekspertów". 

W Aston Villi obyło się bez rozpaczliwych prób zakontraktowania jakichkolwiek zawodników. Na Villa Park wyszli z założenia, że byt w Premier League można zachować stawiając na piłkarzy wychowanych przez klub z Birmingham, a nieznani wcześniej Ciaran Clark, Marc Albrigthon, Andreas Weimann, czy Ashley Westwood to dziś zawodnicy, o których pytają zdecydowanie mocniejsze od "The Villans" kluby. O Julio Cesara, Christophera Sambę czy Jermaine'a Jenasa pytać nie będzie już raczej nikt.

Sam mecz nie był widowiskiem pełnym ochów i achów. W walce o utrzymanie nie o to przecież chodzi. Liczy się to, która drużyna po upływie 90 minut zostawi na boisku więcej potu. Której na zwycięstwie będzie bardziej zależeć. Która nie zadowoli się punktem, a do ostatniego gwizdka będzie walczyła o pełną pulę. Nie liczy się technika, taktyka, piękno futbolu i jakaś pieprzona tiki taka. Tak, jak na boisku przed Twoim blokiem: nie grasz pięknie, tylko walczysz o to, by pokonać swoich kolegów. Bo remis nikogo nie urządza. Bo remis, w takim spotkaniu, to praktycznie porażka. Dla każdego zespołu. Nikt nie lubi przecież latać po Coca-Colę, którą przegrywa w zakładzie.

Oglądając rozgrywany na Villa Park mecz, znowu, choć na chwilę, poczułem się małym chłopcem. Chłopcem, dla którego najważniejsze jest otrzymanie piłki od kolegi i wyszarpanie za wszelką cenę zwycięstwa z rąk kolegów z drużyny przeciwnej. Bez względu na to, czy wygrywa się 11-10, 9-8, czy 14-13. Ważne, by gdy już się wszyscy odpowiednio zmęczymy, to moja drużyna miała o tego jednego gola więcej od rywala.

Mecz ostatecznie zakończył się zwycięstwem Aston Villi. Skromnym, bo skromnym, ale jakże ważnym. Radość Paula Lamberta z każdego kolejnego gola strzelonego przez jego piłkarzy nie może dziwić. Sam, choć nie jestem fanem 'The Villans", cieszyłem się podobnie. Taki już ze mnie hejter...

0 komentarze:

Prześlij komentarz