Tak niewiele brakowało, a bylibyśmy świadkami jednego z najbardziej zaskakujących początków Premier League w historii ligi. Przecież gdyby Mark Noble wykorzystał karnego, West Ham najprawdopodobniej odprawiłby z kwitkiem Tottenham. Przecież gdyby James Puncheon nie dostał czerwonej kartki w końcówce spotkania, skazywane na pożarcie Crystal Palace pewnie utrzymałoby remis na Emirates Stadium. Przecież gdyby Newcastle strzelało celniej, Manchester City wcale nie musiał zdobyć na St. James' Park pełnej puli. A w pamięci mamy jeszcze remis Evertonu z Leicester oraz porażkę Manchesteru United ze Swansea. Tak, to zdecydowanie było wielkie otwarcie wielkiego sezonu.
Niepełny Manchester
Jeśli spojrzelibyśmy na grę i wyniki Manchesteru United w spotkaniach przedsezonowych, Swansea City na Old Trafford powinna kończyć spotkanie z zerem po stronie zdobyczy i kilkoma golami po stronie strat. Okazało się jednak, ku ogromnemu zaskoczeniu kibiców "Czerwonych Diabłów", że drużyna Louisa van Gaala potrzebuje jeszcze sporo czasu, by wszystkie jej tryby zaczęły ze sobą odpowiednio współpracować. Garry Monk świetnie przygotował swój zespół, a kluczem do zdobycia twierdzy (choć po ostatnim sezonie nie wiem, czy można tak o Old Trafford jeszcze mówić) Manchesteru okazał się Gylfi Sigurdsson. Sprowadzony z Tottenhamu Islandczyk rozegrał świetne zawody, najpierw wypracowując gola, a następnie samemu ustalając wynik spotkania. Może się okazać, że dwa lata spędzone na White Hart Lane tylko zatrzymały rozwój talentu islandzkiego pomocnika. Wszak to właśnie z Walii, gdzie spisywał się świetnie, Sigurdsson trafił do północnego Londynu. Tam nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań i przed rozpoczętym właśnie sezonem wrócił na Liberty Stadium. Kibice "Łabędzi" z pewnością są w siódmym niebie, zważywszy na to, jak Sigurdsson zaprezentował się w swoim pierwszym meczu po powrocie do Swansea.
Van Gaal natomiast ma trudny orzech do zgryzienia. Jego zespołowi wciąż brakuje pazura i kilku zawodników na kluczowe pozycje. Konieczność postawienia na młodych: Tylera Blacketta czy Jesse Lingarda dobitnie to potwierdziła. Do końca letniego okienka transferowego pozostało jednak jeszcze trochę czasu. Być może "Czerwone Diabły" sięgną do sakiewki i wzmocnią swój skład kilkoma klasowymi piłkarzami. Pierwszy mecz sezonu pokazał, że United składu kompletnego jeszcze nie mają.
Krajobraz po Pulisie
Gdy kilka dni temu, jak grom z jasnego nieba, spadła na nas wiadomość o rozstaniu Tony'ego Pulisa z Crystal Palace chyba mało kto liczył, że piłkarze "Orłów" będą w stanie zaprezentować się z dobrej strony na Emirates Stadium. Chyba nawet sami kibice londyńskiego klubu nie specjalnie wierzyli, że na stadionie Arsenalu uda im się powalczyć o coś więcej, niż honor. Tymczasem, pomimo rzecz jasna oczywistej przewagi, Arsenal bardzo długo męczył się z zawodnikami Crystal Palace, nie potrafiąc sforsować defensywy dowodzonej przez sprowadzonego z Fulham Brade Hangelanda (dla Norwega debiut w barwach Crystal Palace był niezwykle udany, gdyż pomimo porażki, udało mu się pokonać stojącego między słupkami bramki Arsenalu Wojciecha Szczęsnego).
Honor "The Gunners" uratował dopiero niezawodny Aaron Ramsey, który w 91 minucie pokonał Juliana Speroniego. Kilka chwil wcześniej z boiska, po obejrzeniu drugiego żółtego kartonika, zejść musiał James Puncheon.
Początki nigdy nie bywają łatwe. Przemeblowana linia defensywna Arsenalu potrzebuje czasu, by stanowić monolit, a Calum Chambers jest jeszcze odrobinę za mało doświadczony, by stanowić pełnoprawnego następcę Thomasa Vermaelena, ale i tak na Emirates wszystko zmierza w odpowiednim kierunku. Bo choć część piłkarzy "Kanonierów" nie rozegrała najlepszego meczu, a inni, jak chociażby Mesut Ozil, nie pojawili się na boisku w ogóle, to i tak kibice Arsenalu mają spore podstawy do zachowania optymizmu na nadchodzący sezon.
Tottenham i cała reszta
Tottenham natomiast sezon rozpoczął szczęśliwie. Bo choć od 30 minuty grał w osłabieniu, to ostatecznie udało mu się wywieźć z Boleyn Ground pełną pulę. O wyniku zadecydował Eric Dier, który w 92 minucie znalazł się w sytuacji sam na sam z golkiperem "Młotów" i pewnie szansę wykorzystał. Zimna krew, jaką zachował w tej sytuacji młody Anglik imponuje tym bardziej, że przecież był to jego debiut w barwach "Kogutów", a dodatkowo Dier jest... środkowym obrońcą! W decydującej o losach meczu akcji zachował się jednak niczym rasowy napastnik.
Mauricio Pochettino powoli wprowadza w życie swoją wizję Tottenhamu. W sobotę jej zarys widzieliśmy tylko do momentu zejścia z boiska Kyle'a Naughtona. Bardzo ciekawe wydaje się ustawienie w środku pola Nabila Bentaleba oraz Etienne'a Capoue, którzy dobrze się uzupełniali. Gdy Naughton ujrzał czerwoną kartkę, Capoue został przesunięty na środek obrony, a rolę defensywnego pomocnika pełnił młody Algierczyk i obaj ze swoich zadań wywiązali się śpiewająco. Pomimo gry w przewadze, West Ham nie stworzył sobie dogodnych okazji, a gdy stan liczebny na boisku wyrównał się (druga żółta, a w konsekwencji czerwona kartka dla Jamesa Collinsa), Tottenham ruszył do ataku, czego uwieńczeniem było rozstrzygające trafienie Diera.
Wystarczająco długo czekaliśmy na powrót Premier League. Pierwsza kolejka pokazała nam jednak, że tęsknić i czekać było warto. Przed nami piękny sezon.
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



0 komentarze:
Prześlij komentarz