Powered By Blogger

Featured Posts

piątek, 29 sierpnia 2014

Odpowiednia droga

Do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego wszyscy wmawiają Tottenhamowi osowiałość na rynku transferowym w tym roku. Okej, zespół z północnego Londynu nie wydaje już tak szaleńczo pieniędzy, jak w ubiegłym letnim okienku transferowym, ale umówmy się: tym razem Spurs nie udało się wytransferować kolejnego Garetha Bale'a. Pomimo tego na White Hart Lane zawitali zawodnicy, z których Mauricio Pochettino mógłby, gdyby chciał oczywiście, zbudować całkowicie nową linię obrony Tottenhamu. I blok ten wcale nie prezentowałby się najgorzej.

Latem zeszłego roku Tottenham szastał na prawo i lewo, ale umówmy się, miał z czego. Gareth Bale kosztował Real Madryt olbrzymie pieniądze, które londyńczycy dość szybko spożytkowali na zakup nowych piłkarzy. W stolicy Anglii pojawili się między innymi Roberto Soldado, Christian Eriksen czy Erik Lamela, a ówczesny menedżer Spurs, Andre Villas Boas, wierzył, że wszystkie kawałki jego układanki od razu zaczną do siebie pasować. Los jednak boleśnie zaśmiał się Portugalczykowi w twarz. Soldado strzelał tylko z rzutów karnych, Lamela nie strzelał w ogóle, pozostali nie prezentowali się lepiej. W zasadzie jedynym pozytywem z jakiego mógł się cieszyć Villas Boas była postawa Eriksena, który, szczególnie w drugiej części sezonu, stał się kluczową postacią pierwszej jedenastki Spurs.

Już wówczas wielu ekspertów sugerowało, że Tottenham kupił za dużo piłkarze w za krótkim czasie, by wszystko od razu zaczęło funkcjonować, jak w szwajcarskim zegarku. Menedżer Arsenalu stwierdził nawet, że zakup trzech zawodników w jednym oknie transferowym, którzy z miejsca wchodzą do podstawowego składu to istna rewolucja, nie ukrywając przy tym w późniejszym czasie swojego zadowolenia z faktu, że jego prognozy się sprawdziły.

Najprawdopodobniej nauczeni tymi doświadczeniami działacze londyńskiego klubu w trwającym jeszcze oknie transferowym działają nad wyraz rozsądnie, choć niektórzy, jak Jamie Carragher, wyrażają opinię, że Tottenham jest wręcz osowiały na rynku transferowym, nie wykonując żadnych spektakularnych ruchów (takich, jak Liverpool chociażby). Legenda klubu z Anfield, a obecnie komentator piłkarski, dodaje jednak, że taka polityka może wyjść Tottenhamowi na dobre. Pierwsze mecze zdają się potwierdzać słowa Carraghera. Piłkarze, którzy zawiedli w zeszłym sezonie powoli stają się pierwszoplanowymi postaciami na White Hart Lane, a przoduje w tym Erik Lamela, któremu do pełnego przełamania brakuje już tylko gola.

Trudno zgodzić się jednak mimo to z tezą, że Tottenham nie jest aktywny na  rynku transferowym. Tego lata na White Hart Lane trafiło pięciu nowych piłkarzy, z których Mauricio Pochettino, gdyby tylko miał taką chęć, mógłby utworzyć całkowicie nową linię defensywną Spurs. Jeden z nich już błyszczy. Mowa tu o Ericu Dierze, który w swoich dwóch pierwszych meczach w barwach Tottenhamu strzelił dwa gole. W Lidze Europy z dobrej strony pokazuje się także Ben Davies. DeAndre Yedlin po zakontraktowaniu przez Spurs trafił z powrotem na wypożyczenie do Seattle Sounders, Michel Vorm został sprowadzony raczej, by pełnić rolę zmiennika Hugo Llorisa, a Facundo Fazio podpisał umowę dopiero w tym tygodniu. Biorąc pod uwagę ruchy z poprzedniego okienka, to dużo, jednak tym razem transfery przeprowadzane są z głową, a poszczególni zawodnicy po prostu pasują do koncepcji nowego trenera Tottenhamu, natomiast ci, którzy nie do końca spełniliby się w takim ustawieniu, jak chociażby Michael Dawson, musieli się z Londynem pożegnać.

Do zakończenia letniego okienka transferowego jeszcze parę dni. Pochettino nie wyklucza, że Tottenham w tym okresie zaprezentuje nowych piłkarzy. Kilku z pewnością północny Londyn także opuści. Kto to będzie? Trudno na tę chwilę spekulować. Fani Tottenhamu muszą po prostu zaufać Pochettino, że obrana przez niego droga okaże się tą odpowiednią.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Transferowa nieświeżość

Pewne rzeczy się nie zmieniają: Arsenal znów nie rozegrał dobrych zawodów, ale mimo to udało mu się z Evertonem nie przegrać. Jak bardzo chciałbym, żeby taką umiejętność wyćwiczyli w sobie także piłkarze Tottenhamu. Czasem nie chodzi bowiem tylko o to, by publiczność cieszyła się z kolejnych, bezproduktywnych podań. Niekiedy wystarczy z zimną krwią wykorzystać tę jedną sytuację w meczu, która może przesądzić o jego losach. "Kanonierzy" to zdecydowanie potrafią, mimo iż ich gra w dniu wczorajszym nie powinna napawać optymizmem kibiców "The Gunners".

Nieświeżość Arsenalu

Letnie transfery Arsenalu, pomimo swojej pozornej niesamowitości, jak na razie także nie pokazują niczego specjalnego. Być może, tak jak w przypadku zeszłosezonowego Tottenhamu, każdy z nich potrzebuje odrobiny czasu, by poczuć styl preferowany na angielskich boiskach. Mowa tu szczególnie o Alexisie Sanchezie, kreowanym przez kibiców i media wszelakie na jedną z największych gwiazd Premier League. Nie sposób nie znaleźć tu konotacji z zawodnikiem lokalnego rywala Arsenalu, Erikiem Lamelą, który pierwszy sezon na Wyspach Brytyjskich także nie może zaliczyć do udanych. Być może olbrzymi koszt poniesiony przez klub na zawodnika plus jeszcze większa presja ze strony kibiców nie posłużyły zarówno Argentyńczykowi, jak i Chilijczykowi. I choć to dopiero druga kolejka, to chyba wszyscy możemy zgodzić się co do jednego: od gracza tego pokroju trzeba oczekiwać zdecydowanie więcej.

Wśród nowych twarzy w podstawowym składzie Arsenalu możemy zobaczyć jeszcze Mathieu Debuchy'ego oraz Caluma Chambersa i chyba tylko ten pierwszy gra obecnie na poziomie uprawniającym go do reprezentowania Arsenalu w najwyższej klasie rozgrywkowej w Anglii. Sprowadzony z Newcastle United prawy obrońca szybko zaadoptował styl preferowany przez "Kanonierów" i udowadnia, że może być świetnym następcą Bacary'ego Sagny. Chambers natomiast, zapewne ze względu na wiek i stosunkowo niewielkie doświadczenie w grze o dużą stawkę nie powinien być jak na razie postrzegany przez pryzmat automatycznego następcy sprzedanego do Barcelony Thomasa Vermaelena. Młody Anglik popełnia zbyt dużo prostych błędów i choć często nie są one zauważalne gołym okiem, gdyż doświadczony Per Mertesacker bardzo szybko rusza na ratunek swojemu młodszemu koledze, to i tak Chambersowi udało się już sprokurować kilka groźnych sytuacji pod bramką Wojciecha Szczęsnego. Wychowanek Southampton dodatkowo w drugim kolejnym meczu obejrzał żółtą kartkę, co może sugerować delikatną nerwowość jego poczynań. Oczywiście, nie jest to równoznaczne ze stwierdzeniem, że Chambers okaże się złym transferem Arsenalu, bo zapewne tak nie będzie. Anglik musi nieco okrzepnąć, nabrać odpowiedniego doświadczenia w walce w europejskich pucharach i wtedy najprawdopodobniej będzie jednym z podstawowych zawodników wyjściowej jedenastki Arsene'a Wengera. Na dzień dzisiejszy nie zdziwiłbym się, gdyby francuski szkoleniowiec "The Gunners" nie zechciał jeszcze przed zakończeniem letniego okienka transferowego wzmocnić swój skład dodatkowym środkowym obrońcą posiadającym już doświadczenie w walce o dużą pulę. Być może wypychany z Liverpoolu Kolo Toure byłby dobrą opcją?

Nieświeżość Chelsea

Letnie roszady w składzie Chelsea jak na razie nie wpływają także odpowiednio na poziom gry zespołu ze Stamford Bridge. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że zeszłosezonowy kolektyw, który przez długą część rozgrywek stanowili "The Blues" został nieco rozbity przez nowe nabytki, które natychmiast pojawiły się w podstawowym składzie. Owszem, Diego Costa ma już na swoim koncie dwa gole, ale poza tymi trafieniami Brazylijczyk nie pokazuje niczego specjalnego, chociaż bez wątpienia jest lepszą opcją w ataku Chelsea od Fernando Torresa. Owszem, Cesc Fabregas zanotował kolejną asystę, ale - zapewne przez zbyt częste grzanie ławki w Barcelonie - nie jest on jeszcze tym Fabregasem, którego znaliśmy z czasów gry w Arsenalu. Jedynym pozytywem jest obecność w składzie londyńskiego klubu Thibaut Courtois, który wygryzł z podstawowego zestawienia Chelsea Petra Cecha i swoimi kolejnymi interwencjami udowadnia, że Jose Mourinho podjął w tym wypadku świetną decyzję. Wczorajsza interwencja w sytuacji sam na sam z Davidem Nugentem tylko potwierdza te słowa.

O Filipe Luisie czy Kurcie Zumie na chwilę obecną nie możemy nic stwierdzić, gdyż Brazylijczyk przegrywa walkę o podstawowy skład z Branislavem Ivanoviciem (i nic nie wskazuje zresztą na to, by w najbliższym czasie miało się to jakkolwiek zmienić), natomiast ten drugi najprawdopodobniej zostanie wypożyczony do innego klubu angielskiej Premier League, by okrzepnąć w lidze, bądź też będzie wystawiany w mniej ważnych spotkaniach. Didier Drogba natomiast nie został sprowadzony z powrotem na Stamford Bridge, by odgrywać tam pierwsze skrzypce. Zawodnik z Wybrzeża Kości Słoniowej najprawdopodobniej stosowany będzie przez Mourinho w roli straszaka na innych, gdy Diego Costa na przykład stanie się Diego Costą, którego pamiętamy z drugiej połowy sezonu w Atletico Madryt.

Świeżość Swansea

Na letnich transferach, postrzegając je przez pryzmat niepełnych dwóch kolejek, jak na razie najlepiej wyszła chyba Swansea. Walijczycy wzmocnili swój skład Gylfim Sigurdssonem, który już wyrasta na lidera drużyny "Łabędzi". Zagadką na lata pozostanie dla mnie pytanie, dlaczego Islandczyk nie sprawdził się na White Hart Lane, bo widząc jego pasję, umiejętności i sposób gry prezentowany w Swansea nie jestem w stanie zrozumieć tego, co stało się z Sigurdssonem w Londynie. Być może nie pasowało mu stołeczne powietrze, a być może nie był po prostu wystawiany na swojej pozycji. Szkoda, że Mauricio Pochettino z taką łatwością postanowił pozbyć się Siggurdsona. Być może Argentyńczykowi udałoby się wydobyć z islandzkiego playmakera to, co najlepsze. Mi pozostaje pluć w brodę, że w zasadzie bezsensownie straciliśmy piłkarza, który na samym starcie sezonu prezentuje się najlepiej; nie tylko w Swansea, ale chyba w całej Premier League. Kibice "The Swans" natomiast skaczą pod sufit zachwalając świetny transfer przeprowadzony przez swojego prezesa.

Raczej niezauważalna jest także strata Bena Daviesa. Powracający do składu Neil Taylor udowadnia, że nie ma większego problemu z tym, by grać na poziomie swojego młodszego kolegi, z czego na pewno zadowolony jest menedżer "Łabędzi", Garry Monk.

Dobrymi ruchami okazują się także transfery Bafetimbi Gomisa z Lyonu oraz Jefferson Montero
z Morelii. Obaj, choć jak na razie na boisku pojawiali się tylko w roli zmienników, pokazali duży talent do gry, a fani "Łabędzi" z pewnością będą niezwykle zadowoleni z tych zakupów. Już sama możliwość wybierania między Wilfriedem Bonym a Bafetimbi Gomisem powinna stanowić miód na uszy dla fanów Swansea.

Ja natomiast siedzę, jakby nic się nie stało i wciąż czekam, aż większość zeszłosezonowych transferów Tottenhamu w końcu udowodniła, że wydane na nich pieniądze nie zostały wyrzucone w błoto. Eriku Lamelo, Robercie Soldado, zacznijcie w końcu, do cholery, grać na swoim poziomie!

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Czeka nas piękny sezon

Tak niewiele brakowało, a bylibyśmy świadkami jednego z najbardziej zaskakujących początków Premier League w historii ligi. Przecież gdyby Mark Noble wykorzystał karnego, West Ham najprawdopodobniej odprawiłby z kwitkiem Tottenham. Przecież gdyby James Puncheon nie dostał czerwonej kartki w końcówce spotkania, skazywane na pożarcie Crystal Palace pewnie utrzymałoby remis na Emirates Stadium. Przecież gdyby Newcastle strzelało celniej, Manchester City wcale nie musiał zdobyć na St. James' Park pełnej puli. A w pamięci mamy jeszcze remis Evertonu z Leicester oraz porażkę Manchesteru United ze Swansea. Tak, to zdecydowanie było wielkie otwarcie wielkiego sezonu.

Niepełny Manchester

Jeśli spojrzelibyśmy na grę i wyniki Manchesteru United w spotkaniach przedsezonowych, Swansea City na Old Trafford powinna kończyć spotkanie z zerem po stronie zdobyczy i kilkoma golami po stronie strat. Okazało się jednak, ku ogromnemu zaskoczeniu kibiców "Czerwonych Diabłów", że drużyna Louisa van Gaala potrzebuje jeszcze sporo czasu, by wszystkie jej tryby zaczęły ze sobą odpowiednio współpracować. Garry Monk świetnie przygotował swój zespół, a kluczem do zdobycia twierdzy (choć po ostatnim sezonie nie wiem, czy można tak o Old Trafford jeszcze mówić) Manchesteru okazał się Gylfi Sigurdsson. Sprowadzony z Tottenhamu Islandczyk rozegrał świetne zawody, najpierw wypracowując gola, a następnie samemu ustalając wynik spotkania. Może się okazać, że dwa lata spędzone na White Hart Lane tylko zatrzymały rozwój talentu islandzkiego pomocnika. Wszak to właśnie z Walii, gdzie spisywał się świetnie, Sigurdsson trafił do północnego Londynu. Tam nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań i przed rozpoczętym właśnie sezonem wrócił na Liberty Stadium. Kibice "Łabędzi" z pewnością są w siódmym niebie, zważywszy na to, jak Sigurdsson zaprezentował się w swoim pierwszym meczu po powrocie do Swansea.

Van Gaal natomiast ma trudny orzech do zgryzienia. Jego zespołowi wciąż brakuje pazura i kilku zawodników na kluczowe pozycje. Konieczność postawienia na młodych: Tylera Blacketta czy Jesse Lingarda dobitnie to potwierdziła. Do końca letniego okienka transferowego pozostało jednak jeszcze trochę czasu. Być może "Czerwone Diabły" sięgną do sakiewki i wzmocnią swój skład kilkoma klasowymi piłkarzami. Pierwszy mecz sezonu pokazał, że United składu kompletnego jeszcze nie mają.

Krajobraz po Pulisie

Gdy kilka dni temu, jak grom z jasnego nieba, spadła na nas wiadomość o rozstaniu Tony'ego Pulisa z Crystal Palace chyba mało kto liczył, że piłkarze "Orłów" będą w stanie zaprezentować się z dobrej strony na Emirates Stadium. Chyba nawet sami kibice londyńskiego klubu nie specjalnie wierzyli, że na stadionie Arsenalu uda im się powalczyć o coś więcej, niż honor. Tymczasem, pomimo rzecz jasna oczywistej przewagi, Arsenal bardzo długo męczył się z zawodnikami Crystal Palace, nie potrafiąc sforsować defensywy dowodzonej przez sprowadzonego z Fulham Brade Hangelanda (dla Norwega debiut w barwach Crystal Palace był niezwykle udany, gdyż pomimo porażki, udało mu się pokonać stojącego między słupkami bramki Arsenalu Wojciecha Szczęsnego).

Honor "The Gunners" uratował dopiero niezawodny Aaron Ramsey, który w 91 minucie pokonał Juliana Speroniego. Kilka chwil wcześniej z boiska, po obejrzeniu drugiego żółtego kartonika, zejść musiał James Puncheon.

Początki nigdy nie bywają łatwe. Przemeblowana linia defensywna Arsenalu potrzebuje czasu, by stanowić monolit, a Calum Chambers jest jeszcze odrobinę za mało doświadczony, by stanowić pełnoprawnego następcę Thomasa Vermaelena, ale i tak na Emirates wszystko zmierza w odpowiednim kierunku. Bo choć część piłkarzy "Kanonierów" nie rozegrała najlepszego meczu, a inni, jak chociażby Mesut Ozil, nie pojawili się na boisku w ogóle, to i tak kibice Arsenalu mają spore podstawy do zachowania optymizmu na nadchodzący sezon.

Tottenham i cała reszta

Tottenham natomiast sezon rozpoczął szczęśliwie. Bo choć od 30 minuty grał w osłabieniu, to ostatecznie udało mu się wywieźć z Boleyn Ground pełną pulę. O wyniku zadecydował Eric Dier, który w 92 minucie znalazł się w sytuacji sam na sam z golkiperem "Młotów" i pewnie szansę wykorzystał. Zimna krew, jaką zachował w tej sytuacji młody Anglik imponuje tym bardziej, że przecież był to jego debiut w barwach "Kogutów", a dodatkowo Dier jest... środkowym obrońcą! W decydującej o losach meczu akcji zachował się jednak niczym rasowy napastnik.

Mauricio Pochettino powoli wprowadza w życie swoją wizję Tottenhamu. W sobotę jej zarys widzieliśmy tylko do momentu zejścia z boiska Kyle'a Naughtona. Bardzo ciekawe wydaje się ustawienie w środku pola Nabila Bentaleba oraz Etienne'a Capoue, którzy dobrze się uzupełniali. Gdy Naughton ujrzał czerwoną kartkę, Capoue został przesunięty na środek obrony, a rolę defensywnego pomocnika pełnił młody Algierczyk i obaj ze swoich zadań wywiązali się śpiewająco. Pomimo gry w przewadze, West Ham nie stworzył sobie dogodnych okazji, a gdy stan liczebny na boisku wyrównał się (druga żółta, a w konsekwencji czerwona kartka dla Jamesa Collinsa), Tottenham ruszył do ataku, czego uwieńczeniem było rozstrzygające trafienie Diera.

Wystarczająco długo czekaliśmy na powrót Premier League. Pierwsza kolejka pokazała nam jednak, że tęsknić i czekać było warto. Przed nami piękny sezon.

sobota, 6 kwietnia 2013

Futbol na froncie


Rozgrywki krykieta i rugby zostały wstrzymane niemal natychmiast po wybuchu Pierwszej Wojny Światowej. Football League, ówczesny odpowiednik Premier League, kontynuował jednak rozgrywki przez cały sezon 1914/15. Najważniejszym powodem ku temu był fakt posiadania przez piłkarzy ważnych, jednorocznych kontraktów. Dany zawodnik mógł dołączyć więc do brytyjskiej armii tylko i wyłącznie wtedy, gdy klub zgodził się rozwiązać z nim kontrakt.

12 grudnia 1914 roku William Joynson Hicks uformował Siedemnasty Batalion Logistyczny który dość szybko zyskał miano Batalionu Piłkarskiego. Rdzeniem batalionu była grupa profesjonalnych futbolistów, stąd też i nazwa oddziału.

Początkowo "Batalion Piłkarski" nie był powszechnie szanowany przez Brytyjczyków. Decyzja angielskiej federacji piłkarskiej o kontynuowaniu rozgrywek pomimo wybuchu Pierwszej Wojny Światowej spowodowała, że opinia publiczna w tamtych czasach zwróciła się przeciwko zawodowym piłkarzom, nawet tym, którzy postanowili się zaciągnąć do służby wojskowej. Jeden żołnierz, służąc we Francji, napisał nawet oświadczenie do brytyjskiej prasy sugerując, że "Batalion Piłkarski" zamiast służyć narodowi cały czas gra w futbol: "Setki tysięcy młodych ludzi obserwowały, jak ci najemnicy grają w piłkę nożną, podczas gdy inni giną za swój kraj". Zasugerowano wówczas nawet, że król Jerzy V powinien przestać być patronem angielskiego związku piłki nożnej. Jedną z niewielu osób, które sprzeciwiły się tym oskarżeniom był pisarz, Sir Arthur Conan Doyle", który zaapelował do piłkarzy, by zaciągali się do wojska na ochotnika: "Jeśli piłkarz ma odpowiednią siłę w nogach, może to pokazać także na polu bitwy" - stwierdził.

Według przekazu Fredericka Walla, ówczesnego sekretarza angielskiej federacji piłkarskiej, pierwszym angielskim zawodnikiem, który zaciągnął się do "Batalionu Piłkarskiego" był Franck Buckley, środkowy obrońca Bradford City i reprezentacji Anglii. Wcześniej w wojsku służyć mogli tylko piłkarscy amatorzy, tacy jak Vivian Woodward czy Evelyn Lintott. Z powodu wcześniejszego doświadczenia związanego ze służeniem w brytyjskiej armii, Buckley od razu po dołączeniu do batalionu otrzymał rangę porucznika. Później natomiast został awansowany do rangi majora.

Zaledwie kilka tygodni po utworzeniu "Batalion Piłkarski" znacznie się rozrósł i liczył przeszło sześciuset mężczyzn, jednak nie wszyscy z nich byli piłkarzami. Część dołączyła do batalionu tylko i wyłącznie dlatego, by służyć w tym samym oddziale, co ich boiskowi herosi. Z tego też powodu w "Batalionie Piłkarskim" służyło wielu kibiców Chelsea oraz Queens Park Rangers, którzy chcieli iść na wojnę ramię w ramię ze swoimi idolami: Woodwardem i Lintottem.

Twórcy batalionu liczyli, że uda im się zaangażować blisko 1350 osób, głównie piłkarzy (amatorów i zawodowców) oraz kibiców klubów zawodowych. Rekrutujący chcieli zwerbować nieżonatych mężczyzn, których - jak policzono - było sześciuset wśród zawodowych zawodników. Znaczna część z nich pochodziła z północnej Anglii, chociaż w zapowiedziach otworcie głoszono, że poszukiwani są tylko mężczyźni mieszkający na południe od rzeki Trent.

Wstępne zainteresowanie było niesamowicie wysokie. Na spotkanie rekrutacyjne, które odbyło się 12 grudnia 1914 roku w ratuszu w Fulham, przybyło ponad 4 tysiące osób, lecz tylko 35 z nic zostało dopisanych do listy pierwszego dnia. Do końca roku batalion powiększych się jeszcze o 34 mężczyzn.

Do marca 1915 roku do batalionu dołączyło 122 zawodowych piłkarzy. W liczbie tej zawiera się między innymi cała drużyna Clapton Orient (znana później jako Leyton Orient). Trzech z piłkarzy tego klubu zginęło na Froncie Zachodnim. Przed końcem 1915 roku batalion wzbogacił się jeszcze o Waltera Tulla, piłkarza Tottenhamu Hotspur oraz Northampton Town, o którym pisałem już wcześniej. Major Franck Buckley dość szybko dostrzegł zdolności przywódcze Tulla i awansował go do rangi sierżanta.

15 stycznia 1916 roku "Batalion Piłkarski" trafił ostatecznie na front. W trakcie pierwszych dwóch tygodni przebywania w okopach czterech członków batalionu zginęło, a 33 odniosło obrażenia. Wśród tych osób znajdował się między innymi Vivian Woodward, który został trafiony odłamkiem granata w nogę. Uraz Woodwarda okazał się na tyle poważny, że piłkarza odesłano z powrotem na leczenie do Anglii. Woodward nie wrócił na Front Zachodni aż do sierpnia 1916 roku.

Po raz pierwszy z ogromem wojny i jego przerażającym żniwem "Batalion Piłkarski" zetknął się w trakcie Bitwy nad Sommą w lipcu. W wyniku tych walk zginął między innymi Evelyn Lintott.

Gdy Woodward wrócił do swojego oddziału walki wciąż się toczyły, lecz były mniej intensywne, chociaż w George Pyke, piłkarz Newcastle United: "Ludzie z noszami przechodzili wówczas przez okop. Zapytali, czy mamy kogoś, kogo mogliby ze sobą zabrać. Wzięli majora Francka Buckleya, lecz jego rany wyglądały naprawdę źle i nie sądzę, by przetrwał transport do szpitala w Anglii".
wyniku niemieckiego ataku 18 września zabitych zostało czternastu członków batalionu. Wszyscy zginęli z powodu zatrucia gazem. Z powodu tego ataku ranny został także Franck Buckley. Metalowy odłamek uderzył go w klatkę piersiową i przebił płuco. Jak napisał w jednym ze swoich listów z frontu

Buckley trafił jednak do szpitala w Kent, gdzie przeszedł pomyślnie operację. Lekarze usunęli metalowy odłamek z jego ciała, lecz płuca Buckleya zostały ranione tak mocne, że nie był on w stanie już nigdy wrócić do gry w piłkę nożną.

Walter Tull również brał udział w Bitwie nad Sommą. Piłkarz Tottenhamu przetrwał te walki, lecz w grudniu 1916 roku zachorował na niezwykle groźną gorączkę okopową, wywołaną przez zakażenie bakteriami roznoszonymi przez wesz ludzką. Z tego też powodu Tull został odesłany na leczenie z powrotem do Anglii. Czarnoskóry piłkarz zdążył jednak wpaść w oko swoim dowódcom, którzy rozważali jego dodatkowe awanse. Gdy Tull doszedł już do siebie, zamiast zostać odesłanym z powrotem do Francji, piłkarz trafił do szkoły oficerskiej w szkockim Gailes. Pomimo wojskowych regulacji zakazujących osobom czarnoskórym oraz osobom w innym od białego kolorze skóry został awansowany do rangi oficera.

Awans Tulla upełnomocnił się w maju 1917 roku. Już jako sierżant, Tull został wysłany do Włoch, gdzie, jako pierwszy czarnoskóry dowódca, powiódł do zwycięstwa brytyjską armię nad austro-węgierskim przeciwnikiem w Bitwie nad Piawą. 

W styczniu 1917 roku Buckley wrócił na Front Zachodni. "Batalion Piłkarski" stawał się coraz aktywniejszy i zaatakował niemiecki obóz w Argenvillers. By bronić swoich przyczółków Niemcy raz jeszcze użyli zatrutego gazu. Płuca Buckleya, zniszczone już wcześniej, nie były w stanie tego znieść i odmówiły posłuszeństwa. Dowódca ponownie został odesłany do Anglii, by zregenerować siły.

Walter Tull natomiast pozostał we Włoszech aż do 1918 roku, skąd został przeniesiony do Francji, by wziąć udział w próbie przełamania niemieckiej linii na Froncie Zachodnim. 25 marca 1918 roku, Tull został uhonorowany za poprowadzenie swojego oddziału do zwycięstwa nad Niemcami w okopach w Favreuil. Wkrótce po tym Tull został trafiony niemieckim pociskiem na ziemii niczyjej (podczas konfliktu zbrojnego ziemią niczyją jest obszar leżący między pozycjami wrogich armii. Przykładowo, w czasie I wojny światowej, na froncie zachodnim, ziemia niczyja znajdowała się pomiędzy liniami okopów). Tull był tak popularny wśród swoich ludzi, że kilku z nich naraziło swoje życie, by dopaść do niego i w akompaniamencie świszczących nad ich głowami niemieckich kul odtransportowali go z powrotem do brytyjskiego okopu. Rany odniesione przez Tulla były jednak śmiertelne i piłkarz umarł dość szybko po dostarczeniu go do okopu. Jego ciała nigdy jednak nie odnaleziono.

W trakcie trwania Pierwszej Wojny Światowej "Batalion Piłkarski" stracił ponad tysiąc żołnierzy, w tym 462 w trakcie Bitwy pod Arras w 1917 roku.

Pamięć o "Batalionie Piłkarskim" podtrzymują dwa pomniki, odsłonięte we Francji. Pierwszy z nich znajduje się w Longueval i został zaprezentowany w 2010 roku. W uroczystości wzięli udział przedstawiciele angielskiej federacji piłkarskiej, kibice oraz przedstawiciele ponad dwudziestu klubów piłkarskich. Pomnik został ufundowany przez fanów. Ceremonię poprowadził ksiądz Owen Beament, który jest oficjalnym duszpasterzem Millwall FC.

Drugi z pomników znajduje się w północnej Francji i przedstawia trzech graczy Clapton Orient, któzy zginęli w Bitwie nad Sommą. Na uroczystość odsłonięcia granitowego pomnika przybyło ponad 200 kibiców Leyton Orient, którzy w ten właśnie sposób upamiętnili śmierć Richarda McFaddena, Williama Jonesa i George'a Scotta.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Motywator Redknapp


Motywator Redknapp po raz kolejny dał popis swoich umiejętności przekonania piłkarzy do walki od pierwszego do ostatniego gwizdka sędziego. W momencie, w którym ważą się losy utrzymania przez Queens Park Rangers bytu w najwyższej klasie rozgrywkowej w Anglii poczciwemu menedżerowi zachciało się powiedzieć, że chciałby pozostać na Loftus Road, nawet jeśli ekipa "The Hoops" opuści szeregi Premier League!

Jakiż brak jakiegokolwiek wyczucia trzeba posiadać, by przed najważniejszymi meczami w lidze twierdzić, że będzie się chciało prowadzić drużynę nawet jeśli ta nie wystąpi w przyszłym sezonie w angielskiej Premier League? Skąd ci biedni piłkarze Queens Park Rangers, których złośliwy los nazywany Tonym Fernandesem, pokarał pracą z Harrym Redknappem, mają czerpać inspirację do walki, skoro sam menedżer ich klubu otwarcie nie wyklucza już tego, że "The Hoops" z ligą mogą się pożegnać?

Może i jestem dziwny, może czuję dziwny wstręt do Redknappa, który przesłania mi całkowicie oczy i każdą jego wypowiedź przekręcam na swój własny sposób po to tylko, by jeszcze bardziej zgnoić trenerską poczciwinę i zmieszać z błotem jego niepokalane myślą lico, ale czy w miarę inteligentny trener ekipy walczącej o utrzymanie na pytanie dziennikarza "Czy będzie pan pracował w zespole, nawet gdy ten spadnie z ligi?", nie powinien odpowiedzieć: "Jakie spadnie? Przecież ja będę tu pracował w Premier League, bo się utrzymamy!"? A gdyby dziennikarz kontynuował: "Utrzymacie? Przecież zajmujecie ostatnie miejsce. Proszę powiedzieć, czy chce pan prowadzić drużynę w Championship?", w miarę inteligentny menedżer musi zareagować: "Wierzę w tych chłopaków i nie dopuszczam do siebie myśli o spadku. To świetny zespół, utrzymamy się w lidze". Co tymczasem odpowiedział Harry R.? "To wszystko zależy od prezesa. Jeśli będzie chciał, żebym odszedł, pogodzę się z tym. Nie będzie to dla mnie problemem".

Do tej pory pamiętam, jak Redknapp, siedząc jeszcze swym zacnym tyłkiem na ławce trenerskiej Tottenhamu, w sezonie 2010/11, gdy zawodnikom Spurs ewidentnie nie szło, pokusił się o stwierdzenie, że ten sezon był tak bardzo wyczerpujący (Premier League plus Liga Mistrzów), że piąte miejsce będzie i tak świetnym osiągnięciem dla Tottenhamu. I jak tu lubić takiego człowieka?

czwartek, 21 marca 2013

Bo w Australii piłkę kopią, rzucają, odbijają i podają

Większość Australijczyków ma gdzieś to, że po prostokątnym boisku za piłką ganiają Emile Heskey czy Alessandro Del Piero. Większość Aussie z niecierpliwością czeka na koniec marca, bo wtedy rozpoczynają się rozgrywki ich ulubionego sportu - futbolu australijskiego. W zeszłym roku przyrzekłem sobie, że będę Polakom trochę ten sport przybliżał. Przez jakiś czas mi wychodziło, lecz później redakcyjne zawirowania spowodowały, że odszedłem od tematu. Dziś do niego wracam, bo już w nocy startuje kolejny sezon AFL!

Od dzisiaj, co jakiś czas, będę starał się zamieścić na blogu skromny tekst traktujący właśnie o jednej z moich ulubionych, obok piłki nożnej oraz lacrosse'a, dyscyplinie sportu. Chyba jestem sportowym hipsterem. Interesują mnie dyscypliny, które reszta świata ma w głębokim poważaniu. Walić to, ich strata.

PROSTE ZASADY

Aby poznać jakikolwiek sport, trzeba zrozumieć jego zasady. Futbol australijski nie posiada ich jednak zbyt wiele. Mecze składają się z czterech kwart trwających dwadzieścia minut. Boisko ma owalny kształt i musi posiadać od 135 do 185 metrów długości oraz od 110 do 155 metrów szerokości. Na przeciwległych krańcach gigantycznego owalu umieszczone są trzy bramki oznakowane czterema słupkami. Celny strzał między środkowe słupy daje drużynie sześć punktów. Trafienie w jedną z dwóch bocznych bramek daje tylko jeden punkt (tak zwany behind).

Każda drużyna składa się z osiemnastu piłkarzy plus czterech rezerwowych. Zawodnicy mogą uderzać piłkę (przypominającą nieco tę znaną z rugby) pięścią oraz kopać, lecz nie mogą jej podawać ani rzucać otwartą dłonią. Gdy piłkarz biegnie z piłką w rękach, musi odbić ją od ziemi raz na piętnaście metrów. Jeśli natomiast uda mu się złapać futbolówkę kopniętą z odległości co najmniej piętnastu metrów (zanim ta zdąży odbić się od murawy), zawodnik ma prawo do zagrywki nazywanej "mark" (kopnięcie piłki będąc nieatakowanym przez żadnego z rywali). Warte podkreślenia jest też to, że w futbolu australijskim nie istnieje przepis o spalonym.

Boiskowe wydarzenia również nie przebiegają w zgodzie z milionem przepisów utrudniających zdobycie bramki. Zawodnicy mogą się popychać i łapać za każdą część ciała od ramion do kolan. Podobnie jak w rugby, głównym sposobem na odzyskanie piłki jest więc zmiecenie przeciwnika z powierzchni ziemi. Hulk Hogan, amerykański wrestler, jest przekonany, że większość zawodników tego sportu bez problemu poradziłoby sobie w sportach walki, podczas gdy on sam boi się wejść na boisko futbolu australijskiego. Co ciekawe, prócz ochraniaczy na zęby, zawodnicy footy (jak zdrobniale nazywany jest ten sport) nie mają na sobie żadnych zabezpieczeń. Z tego też powodu w każdym spotkaniu zdarzają się poważne kontuzje, które są zapisywane w pomeczowych raportach i umieszczane na stronach internetowych wraz z dokładnym opisem danego urazu. Legendarny kapitan Essendon Bombers, James Hird, niemal w każdym wywiadzie podkreśla, że w trakcie swojej zawodowej kariery miał uszkodzoną absolutnie każdą część ciała. Dodatkowo w ostatnich kilkudziesięciu latach odnotowano aż pięćdziesiąt zgonów podczas gry w futbol australijski (wliczając spotkania amatorów). Najczęstszymi powodami śmierci były choroby serca oraz urazy mózgu wynikające z brutalnej gry. Z powodu ogromnej kontuzjogenności tej dyscypliny, niemal wszyscy zawodnicy uprawiający footy przechodzą na "emeryturę" po przekroczeniu trzydziestki.

DZIWNE WYNIKI

Zdecydowanie więcej kłopotów osobom niezaznajomionym z futbolem australijskim sprawia odczytywanie rezultatu spotkania. Przykład:

Adelaide Crows 10.17 (77) - West Coast Eagles 5.13 (43)

Liczby oznaczają kolejno: ilość goli za sześć punktów, ilość goli za jeden punkt (behindów) oraz, podawaną najczęściej w nawiasie, łączną ilość punktów. Co ciekawe pomeczowe raporty, prócz końcowego wyniku, najlepszych piłkarzy oraz strzelców poszczególnych bramek zawierają także wszystkie kontuzje doznane przez graczy w trakcie trwania meczu, natomiast na stronach internetowych zespołów umieszczone są osobne działy, w których wymienieni są wszyscy kontuzjowani piłkarze danego klubu.

Proste zasady odpowiadają graczom futbolu australijskiego, o których inteligencji krążą legendy. Gazety z Andypodów przepełnione są wręcz opowieściami o pijanych piłkarzach demolujących kolejne puby. W ostatnim czasie zasłynął szczególnie Liam Jurrah, zawodnik "Demonów" z Melbourne, który po pijaku straszył przechodniów... maczetą! Bernie Vince, gracz "Wron" z Adelajdy, świętując zwycięstwo swojej ulubionej drużyny w krykieta wlał w siebie tyle wysokoprocentowego płynu, że postanowił na oczach wszystkich klientów baru rozebrać się do naga. Inteligencją nie błysnął także kapitan "Świętych" z Saint Kildy, Nick Riewoldt, którego nagie zdjęcia przed rozpoczęciem poprzedniego sezonu znalazły się w świeci. Riewoldt jednak nic sobie z tego nie zrobił twierdząc jedynie, że "ma się czym pochwalić".

TYSIĄCE FANÓW

Pomimo tego typu zachowań zawodników, futbol australijski nie zraża do siebie ani kibiców, ani też sponsorów. Jeden z działaczy klubów AFL stwierdził nawet, że "z żadnego innego sportu nikt nie zrobi takiej kasy". Australijska odmiana futbolu przebija popularnością w tym kraju wszystkie pozostałe dyscypliny z rugby, piłką nożną oraz koszykówką na czele. Każdy finał AFL ogląda z wysokości trybun niemalże sto tysięcy fanów. Rekord z 1970 roku wynosi natomiast 121,5 tysiąca widzów.

Popularność wśród fanów wpływa również na zainteresowanie poważnych sponsorów, wśród których znajdziemy takie koncerny jak: Sony, Toyota czy Coca Cola. W zeszłym roku działacze ligi podpisali kontrakt na sprzedaż praw telewizyjnych. Jego wartość oszacowano na 1.25 mld dolarów! Koncern News Corporation, na czele którego stoi Australijczyk Rupert Murdoch, zdecydował, że stacja Fox otworzy na Antypodach nowy kanał poświęcony wyłącznie australijskiej odmianie futbolu.

POLSKIE PIĘTNO

Polscy emigranci również zapisali się na kartach historii futbolu australijskiego. Nieprzemijający rozgłos zdobył ród Krakouerów wywodzący się z Krakowa. Najstarszy z nich, Jim, przez długie lata reprezentował barwy North Melbourne Kangaroos, a w 1986 roku został nawet wybrany najlepszym zawodnikiem całego sezonu. Jego brat Phil trzykrotnie zdobywał tytuł klubowego króla strzelców, a syn Andrew w 102 meczach dla Richmond Tigers strzelił... 102 gole! Inna sprawa, że kariera Andrew Krakouera zatrzymała się jakiś czas temu, gdy zawodnik otrzymał karę 20 lat pozbawienia wolności za ciężkie pobicie. Krakouerowi udało się jednak wybronić i po trzech latach odsiadki wrócił do AFL jako zawodnik Collingwood Magpies. Młodsze pokolenie dzieci naszych emigrantów reprezentują Jared Polec z Brisbane Lions oraz Nathan Krakouer z Gold Coast Suns.

Zdecydowanie lepiej nasz kraj w Australii reprezentował Brian Sierakowski, który swego czasu wygrał z Saint Kildą mistrzostwo kraju. Sam Sierakowski na najmniejszym z kontynentów zasłynął jednak bardziej z tego, że w 1997 roku przeżył atak rekina na Oceanie Indyjskim. Rozszarpany przez ostre zęby rekina kajak zawodnika jest do dziś jedną z atrakcji turystycznych portowego miasta Perth.

WICEMISTRZOSTWO ŚWIATA

Futbolowi australijskiemu do podbicia świata brakuje tylko jednego: zainteresowania poza Australią. Owszem, najlepsi gracze footy od czasu do czasu grają mecze pokazowe na innych kontynentach, lecz poziom drużyn, z którymi przychodzi im rywalizować jest niezwykle niski. Jakiś czas temu gracze z Antypodów rozgrywali jeszcze mecze międzynarodowe z reprezentacją Irlandii. Choć na Zielonej Wyspie grają w futbol gaelicki, to reguły tych dyscyplin są do siebie na tyle podobne, że na potrzeby promocji obu sportów udało się wypracować zadowalające każdą ze stron reguły. Pomimo to od 2006 roku nie odbyło się żadne spotkanie między Irlandią a Australią. Powód? W 2006 roku Australijczycy wręcz zmasakrowali niczego nie spodziewających się Irlandczyków, przez co ci drudzy do dzisiaj w popłochu uciekają na sam dźwięk słów "futbol australijski".

W Polsce istnieje jeden klub futbolu australijskiego - Polish Bisons. Założona w Poznaniu drużyna od czasu do czasu gra nawet towarzyskie spotkania z kolegami z Pragi oraz Berlina. Może jednak warto zastanowić się nad popularyzacją tego sportu w naszym kraju? W końcu jedno jest pewne: tym razem przynajmniej wicemistrzostwo świata byłoby w naszym zasięgu!

poniedziałek, 18 marca 2013

Swastyka nad White Hart Lane


Na White Hart Lane Niemców przyjmują obecnie z otwartymi ramionami. Wcześniej Steffen Freund czy Jurgen Klinsmann, a dziś Lewis Holtby pozwolili kibicom popularnych "Kogutów" zaprzyjaźnić się z przedstawicielami tego kraju. Kilkadziesiąt lat wcześniej atmosfera ta nie była jednak aż tak przyjemna. Szczególnie w 1935 roku, kiedy to reprezentacja Niemiec, właśnie na obiekcie Spurs, postanowiła rozegrać towarzyskie spotkanie z reprezentacją Anglii.

Na początku odrobinę rysu historycznego: w 1935 roku Adolf Hitler posiadał już pełnię władzy w Niemczech, pogłębiając nazyfikację struktur państwowych oraz totalitarną kontrolę nad obywatelami. Europa jednak, na razie bez większej obawy, przyglądała się kolejnym ruchom niemieckiego dyktatora nie sądząc nawet, że tak dalece posunięta bierność, kilka lat później, może się dla wielu niezwykle źle skończyć.

W wymienionym już wyżej 1935 roku swastyka zawisła po raz pierwszy, i szczęśliwie ostatni, nad White Hart Lane - angielskim stadionem piłkarskim, na co dzień areną zmagań zawodników Tottenhamu Hotspur. Był 4 grudnia - termin spotkania reprezentacyjnego między Anglikami i Niemcami. Dzień wcześniej ze światem niespodziewanie pożegnała się księżniczka Wiktoria i dlatego też wszystkie flagi, włącznie z tą niemiecką, opuszczono do połowy masztów. Zapytać można, kto wpadł na ten diabelski pomysł, by spotkanie pomiędzy Anglią a nazistowskimi Niemcami rozgrywać na stadionie drużyny, która już w tamtych czasach znana była, jako "żydowski klub", głównie z powodu żydowskiej społeczności zamieszkującej północny Londyn. Dodatkowo sporo piłkarzy Tottenhamu Hotspur było pochodzenia żydowskiego, co tylko dodawało pikanterii temu meczowi.

Gdy kilka miesięcy wcześniej ogłoszono, że towarzyskie spotkanie w piłkę nożną między tymi krajami zostanie rozegrane właśnie na White Hart Lane w prasie oraz radio rozgorzała ostra debata na ten temat. Opinia publiczna otwarcie krytykowała ów wybór przekonując, że piłkarski spektakl może przerodzić się w teatr niemieckiej propagandy. Wielu przedstawicieli angielskiego rządu również nie zgadzało się na to, by mecz rozgrywał się w północnym Londynie, szczególnie gdy wzięto pod uwagę fakt sporego wzrostu zainteresowania faszyzmem w Niemczech oraz Włoszech. Żadnej decyzji o odwołaniu spotkania pomimo to nie podjęto.

W miesiącach poprzedzających spotkanie w okolicach White Hart Lane miało miejsce wiele protestów organizowanych głównie przez Żydów, którzy nie chcieli dopuścić do rozegrania meczu. Fala sprzeciwu wzrosła dodatkowo, gdy do Anglii doszła informacja o tym, jakoby jeden z polskich żydów został zamordowany przez nazistów podczas towarzyskiego spotkania Polaków z Niemcami.

Lata trzydzieste dwudziestego wieku przyniosły ogromne zainteresowanie piłką nożną, szczególnie w Anglii. Meczowi na White Hart Lane z wysokości trybun łącznie przyglądało się 60 tysięcy fanów, z czego aż 10 tysięcy z Niemiec. Tuż przed pierwszym gwizdkiem obok stadionu przeszedł marsz sprzeciwiający się rozegraniu spotkania, a jego przedstawiciele rozdawali fanom ulotki informujące o nazistowskich zapędach Niemców. W trakcie meczu, ani po jego zakończeniu, nie odnotowano jednak żadnego niebezpiecznego zajścia z udziałem kibiców obu reprezentacji.

Jedynym nieprzyjemnym akcentem był fakt wykonania przez niemieckich piłkarzy nazistowskiego pozdrowienia na chwilę przed rozpoczęciem spotkania. Było to jednak zaledwie preludium przed późniejszymi dziełami zniszczenia sportu dokonanymi przez Niemców ze słynnymi "Nazistowskimi Igrzyskami Olimpijskimi" z 1936 roku na czele. Warto przypomnieć także, że w 1938 roku, przed towarzyskim meczem Niemców z Anglikami w Berlinie, przyjezdni również zostali przekonani do wykonania nazistowskiego pozdrowienia. Co ciekawe, zrobić tego nie chciał jedynie Stan Cullis, piłkarz Wolverhampton. Był to zresztą jedyny powód, przez który zawodnik Wolves w tym spotkaniu nie wystąpił.