poniedziałek, 28 stycznia 2013
Z cyklu zapomniane legendy: John White
Jeśli Garetha Bale'a można porównać do któregokolwiek zawodnika Tottenhamu Hotspur z przeszłości, na pierwszy plan wysuwa się postać Johna White'a, szkockiego napastnika. Kariera piłkarza na White Hart Lane trwała zaledwie sześć lat, i choć została nagle przerwana przez niespodziewaną śmierć Szkota, White'owi udało się zapisać na kartach historii londyńskiego klubu.
John White miał zaledwie 27 lat, gdy w 1964 roku został zabity przez uderzenie pioruna w trakcie gry w golfa. Szkot zostawił po sobie żonę, dwójkę dzieci oraz niezwykłe wspomnienia jego gry. Dzisiaj, te ostatnie, przypomnieć stara się jego syn - Rob.
Jeśli jesteś odpowiednio stary, powinieneś zrozumieć, że niespodziewana śmierć Johna White'a była wówczas dla futbolu tym, czym zamach na Johna Fitzgeralda Kennedy'ego dla Stanów Zjednoczonych. Niektórzy wciąż potrafią przypomnieć sobie, co robili, gdy usłyszeli tę fatalną wiadomość o porażeniu piorunem. Rob i Mandy, dzieci zawodnika, były wtedy zbyt młode, by cokolwiek z tego pamiętać. Ich jedyne doświadczenie z tych lat, to brak ojca. W domu White'ów nikt nie rozmawiał o śmierci Johna.- Intuicyjnie czuliśmy, że byłoby to zbyt przykre dla mamy - mówi Rob.
Sandra, żona White'a, przeszyła szok, gdy dowiedziała się, że jej mąż został porażony piorunem.- Zostałam wówczas 22-letnią wdową z dwójką dzieci - opisuje swoją historię Sandra.- Nawet nie wiem, co przybiło mnie najbardziej. Na początku lat sześćdziesiątych, piłkarze nie ujawniali swoich emocji. Menedżer Tottenhamu, Bill Nicholson, przyszedł do mnie tak. Sytuacja wyglądała, jakby klub wstydził się śmierci Johna.
Rob i Mandy pamiętają natomiast, że lata spędzone u rodziny ojca w Szkocji były dla nich niezwykle radosne.- Nie ciążyła na nas żadna presja. Mogliśmy się wtedy zrelaksować. Nie wiem, czy mama czuła się bliżej ojca, gdy przebywała w otoczeniu jego braci, jednak musieliśmy wtedy wyjechać z Londynu - mówi Mandy.
Powrót do Londynu spowodował, że dzieci White'a nieco zamknęły się w sobie. Dla Mandy, podróż byla jednak raczej prosta.- Żaden z przyjaciół taty nie zwracał na mnie zbyt wielkiej uwagi, więc przeszłam żałobę na własny sposób. Byłam dziewczyną i nikt nie miał w stosunku do mnie większych oczekiwań, jako córki ojca. Nikt nie pomyślał o zabraniu mnie na mecz, dlatego dorastałam w przekonaniu, że piłka nożna to głupi sport. Stosunkowo niedawno odkryłam, że można się nią cieszyć - opisuje Mandy.
Cała sprawa była jednak bardziej skomplikowana dla Roba. Jeśli dla dziecka niezwykle złą wiadomością jest śmierć ojca w tak młodym wieku, to jeszcze gorzej żyje się z myślą, że tata był uwielbiany i kochany przez wszystkich.- Dorastałem z dziwną pustką w sercu - mówi Rob.- Wydawało mi się, że te tysiące osób przeżywających żałobę po śmierci taty, były z nim bardziej związane ode mnie. Dopiero w 1973 roku, zobaczyłem mecz taty, który zapamiętałem. Był to finał pucharu z 1961 roku, w którym Tottenham mierzył się z Leicester. Wtedy poczułem, że tata był częścią mnie.
Pomimo to, większość wspomnień Roba o ojcu opiera się na opowieściach innych osób związanych z Johnem White. Od czasu do czasu przyjaciele (a niekiedy także kompletnie obce osoby) mówiły mu, jak wspaniałym był piłkarzem i jak bardzo musi być dumny, że jest jego synem. Robowi nigdy nie udało się bowiem uciec od piętna syna piłkarza, który został zabity przez piorun.
Z tego też powodu, Rob nigdy nie czuł się zbyt pewnie na boisku piłkarskim. Gdy pewnego dnia został wybrany do piłkarskiej reprezentacji Middlesex, bał się pójść na trening, gdyż myślał, że nigdy nie będzie tak dobry, jak jego ojciec. Nawet jako dorosły mężczyzna, Rob wybrał życie anonimowego człowieka, realizując się doskonale w fotografii. Kiedy klub poprosił go o reprezentowanie swojego ojca, jako jednego z podwójnych zwycięzców ligi oraz pucharu Anglii z sezonu 1960/1961, większość kibiców nie zdawała sobie sprawy z tego, kim jest Rob.
Teraz jednak wspomnienia ożyły na nowo. Rob postanowił wyjść z cienia, próbując przedstawić historię swojego ojca w książce "The Ghost of White Hart Lane" (słowo "ghost" - duch, to pseudonim White'a, który odnosi się do piłkarskich umiejętności posiadanych przez szkockiego piłkarza).- To coś, co chciałem zrobić od dłuższego czasu. Ludzie znają go z boiskowego geniuszu, lecz ja pomyślałem, że przedstawię go takim, jakim był naprawdę - przyznaje syn legendarnego zawodnika.- Mam dwie córki i czasem trudno mi jest być ich ojcem, bo sam nie miałem żadnego wzorca. Straciłem człowieka, który mógłby mi pokazać, jak zostać mężczyzną - dodaje Rob.
Poszukiwania informacji na temat jego ojca, były naprawdę trudne. Po napastniku zostało bardzo mało fizycznych pamiątek.- Po śmierci Johna, każdy chciał dostać coś, co by mu go przypominało - mówi żona piłkarza.- Czułam się, jakby nasz dom został "wyczyszczony" przez osoby, które zjawiły się na pogrzebie. Zniknęły nawet narzędzia z garażu. Nasz dom wyglądał, jakby został obrabowany.
Niektóre pamiątki mają jednak wrócić. Rob ma już nawet parę butów, w których jego ojciec występował w barwach reprezentacji Szkocji. Najważniejsze dla syna Johna White'a są jednak przekazy słowne jego kolegów z zespołu.- Jedną z najprzyjemniejszych rzeczy, jakie spotkały mnie w trakcie pisania tej książki, było spotkanie z klubowym kolegą taty, Terrym Medwinem. Terry zaczął płakać, gdy mnie zobaczył. Powiedział, że wyglądam tak samo, jak John - przyznał Rob.
Rob zdradza także, że inne wspomnienia o ojcu, również przybliżały go do niego.- To dziwne, ale największy związek z ojcem czułem w tych wspomnieniach, w których jego obraz był najmniej doskonały. Historia, w której przyjechał do domu kompletnie pijany. Historia o tym, że mógł mieć w Szkocji inną dziewczynę, zanim poznał mamę. Co ciekawe, ta kobieta mogła być w ciąży. To dziwne, że gdzieś po świecie może chodzić mój przyrodni brat, a ja nie wiem kim on jest. Z drugiej jednak strony, fajnie dowiedzieć się, że ojciec także namieszał w swoim życiu, bo dzięki temu czuję się mniej winny pomyłkom, które ja popełniłem - dodaje syn legendy Tottenhamu.
Robowi nie udało się jednak ustalić, co też stało się z ciałem jego ojca. Przez lata rodzinna wersja przedstawiała, że jego prochy zostały rozrzucone na stadionie Tottenhamu tuż po kremacji. Niedawno Rob uzmysłowił sobie jednak, że prochy nigdy nie są przekazywane rodzinie od razu. Żona White'a również nie może sobie tego przypomnieć. Sandra była wówczas w wielkim szoku, który wymazał z pamięci te wspomnienia.
- Wtedy jednak coś zrozumiałem. Nieważne, gdzie znajdują się prochy ojca. Odkryłem, że był częścią naszej rodziny i dzięki niemu znów jesteśmy razem. Teraz, po raz pierwszy w historii, możemy ze sobą rozmawiać o tym, co każdy z nas wtedy czuł - kończy Rob.
Etykiety:
Historia
niedziela, 27 stycznia 2013
#3 Podcast - PMS Fergusona i francuska głupota
Od teraz możecie już słuchać kolejnego, trzeciego podcasta na moim blogu. Mam nadzieję, że i ten przypadnie Wam do gustu.
Co w tym odcinku? Parę słów o Sir Alexie Fergusonie, Francuzach nad Tyne, Edenie Hazardzie oraz Queens Park Rangers. Jak zwykle, bez ściemniania, owijania w bawełnę i lania wody. Tym razem jednak bez Donalda Tuska. Zapraszam do słuchania!
Etykiety:
Podcasty
czwartek, 24 stycznia 2013
Czym jeżdżą angielskie gwiazdy?
Kto nie wydawałby pieniędzy na samochody, gdyby zarabiał tyle, ile dostają najlepsi piłkarze na świecie? Tak sformułowane pytanie, przynajmniej nam, wydaje się być czysto retoryczne. Nie inaczej myślą angielskie gwiazdy futbolu, które w najlepsze cacka na czterech kółkach pakują bajońskie sumy. Postanowiliśmy więc przeanalizować dla Was to, czym wożą się przedstawiciele piłki nożnej rodem z Wysp Brytyjskich.
Na sprawę samochodów można spojrzeć dwojako. Gdy ma się bowiem sporo kasy, co nie jest żadnym wyszukanym frazesem, człowieka stać na każdą, nawet najgłupszą zachciankę. Tak bowiem można określać zakup Wayne'a Rooneya, gwiazdora Manchesteru United, który w swoim garażu nadal trzyma Forda Ka, kupionego jeszcze w czasie gry dla Evertonu. Zarabiający obecnie przeszło 200 tysięcy funtów na tydzień napastnik w swojej przeszłości miał dziewiętnaście samochód. Lista jego zdobyczy jest doprawdy imponująca. Znajdują się na niej chociażby: Aston Martin Vanquish, BMW M3, Mini GP, Ford Ka, Mercedes CLK, Lamborghini Gallardo Spyder, a Cadillac Escalade czy Porsche 911.
Kolekcja samochodów Wayne'a Rooneya wydaje się jednak niesamowicie skromna, jeśli choćby na chwilę wejdziemy do garażu Davida Beckhama, w którym gwiazdor Los Angeles Galaxy przechowuje obecnie przeszło... czterdzieści samochodów! Jeden z najpopularniejszych piłkarzy na świecie lubi przeznaczać bajońskie sumy na najnowsze modele samochodów. Nic dziwnego, że w jego kolekcji znajdziemy takie perełki motoryzacji, jak: Bentley Arnage, Porsche 911, Cadillac Escalade czy Chevrolet Camaro. Oprócz tych samochodów w garażu Beckhama czekają także na odpalenie: Range Rover Autobiography, Mercedes CLK, Audi S8, Audi RS 6, Audi A4, Rolls-Royce Phantom Drophead Coupe, BMW X5, Jaguar XJ, Hummer H2, Ferrari 360 Spider, Volkswagen Touareg, Range Rover Evoque, Aston Martin V8, Model T Ford, Lamborghini Gallardo, Bentley Continental GTC, Jeep Wrangler, Porsche 911 Cabriolet, Audi Q7, Porsche Cayenne, Porsche 911 Carrera Cabriolet oraz Rolls-Royce Ghost.
Kolekcja Beckhama ustawia w cieniu wszystkich pozostałych zawodników angielskiego pochodzenia. Byłemu gwiazdorowi Manchesteru United nie dorównują Frank Lampard, John Terry oraz Ashley Cole, gdybyśmy nawet złączyli ich kolekcje w jedną. Piłkarze Chelsea nie lubią raczej inwestować swoich pieniędzy w samochody. Lampard posiada na własność Audi Q7, Ferrari 612 Scaglietti, Mercedes G Wagon i Aston Martin DB9, Terry prowadzi Ferrari 612 Scaglietti, Range Rover Vogue oraz Mercedes S320 CDI, natomiast Cole widywany jest za kierownicą Aston Martina DBS V12.
Pensje w Premier League są tak wysokie, że nawet zawodnicy, którzy na co dzień nie reprezentują barw czołowych klubów ligi również mogą wejść do salonu i kupić sobie najnowszy model samochodu. Jermaine Pennant ze Stoke City, który nad wyraz upodobał sobie jeżdżenie na podwójnym gazie, jeszcze jakiś czas temu mógł poruszać się chromowanym Aston Martinem DBS. Oczywiście wszystko do momentu, w którym sąd odebrał mu prawo jazdy za jazdę pod wpływem alkoholu.
Zarabiającego 70 tysięcy funtów tygodniowo Petera Croucha stać na Bentleya Continentala. Stephen Irelan porusza się białym Audi R8, Steven Taylor jeździ BMW Coupe, a Michael Owen ma w swoim portfolio aut Jaguara XKR 460 Typhoon.
Odchodząc jednak nieco od angielskiego pochodzenia piłkarzy, im dalej w las, tym więcej ciekawych samochodów jesteśmy w stanie dostrzec. Były gwiazdor Liverpoolu, El Hadji Diouf, lubi bić rekordy prędkości w swoim Mercedesie SLR, defensor Tottenhamu, William Gallas, na treningi swojej drużyny często przyjeżdża Mercedesem McLarenem, podczas gdy jego klubowy kolega - Benoit Assou-Ekotto, znany miłośnik środowiska, korzysta ze środków publicznego transportu lub... Smarta! Za miłośnika motoryzacji uchodzi także Robin van Persie, który niedawno pochwalił się całemu światu swoim Nissanem Figaro z 1991 roku.
Najprawdopodobniej jednak wszyscy piłkarze występujący w Premier League zebrani razem nie posiadają tak wspaniałej kolekcji aut, co amerykański prezenter telewizyjny, Jay Leno. 62-latek może się bowiem pochwalić przerażającą liczbą ponad stu samochodów oraz 90 motocykli. Całkowita wartość jego pojazdów już dawno przekroczyła kwotę 300 mln dolarów. Przyjmując, że średnia pensja w Polsce wynosi 3500 złotych miesięcznie, statystyczny Polak na zakup wszystkich samochodów posiadanych przez Leno musiałby pracować... ponad 24 tysięcy lat.
wtorek, 22 stycznia 2013
#2 Podcast - Francja Elegancja (gościnnie Donald Tusk)
Kolejny, drugi już podcast. Tym razem zdecydowałem się na powiedzenie kilku słów od siebie na temat rozrastającej się z każdym upływającym dniem francuskiej kolonii nad rzeką Tyne. Czy rozwiązanie uskuteczniane obecnie przez Newcastle przyniesie raz jeszcze oczekiwaną korzyść?
W tym podcaście gościnnie wystąpił Donald Tusk. Z góry przepraszam, że premier wypowiada się tak cicho, ale musiałem gonić szefa naszego rządu, gdyż nie chciał się on specjalnie wypowiadać na temat emerytur. Tak czy siak, zachęcam do odsłuchania i już teraz zapraszam na kolejny podcast zapowiadający nadchodzącą kolejkę Premier League.
W tym podcaście gościnnie wystąpił Donald Tusk. Z góry przepraszam, że premier wypowiada się tak cicho, ale musiałem gonić szefa naszego rządu, gdyż nie chciał się on specjalnie wypowiadać na temat emerytur. Tak czy siak, zachęcam do odsłuchania i już teraz zapraszam na kolejny podcast zapowiadający nadchodzącą kolejkę Premier League.
Etykiety:
Podcasty
Angielski Chuck Norris
Swego czasu panowała moda na dowcipy o Chucku Norrisie. Później "na salonach" humoru królowała "twoja stara". Teraz, przynajmniej w Anglii, zapanował nowy trend, w dość mocnym stopniu związany z piłką nożną.
Wszystko zaczęło się na Facebooku, co nie powinno zresztą nikogo dziwić, gdyż popularny portal społecznościowy stał się ostatnio istną wylęgarnią dowcipu i idiotycznych maksym cytowanych przez ludzi na swoich tablicach. W Wielkiej Brytanii także przez długi okres czasu panowała moda na dowcipy o Chucku Norrisie, lecz wyspiarski humor dość szybko musiał znaleźć sobie własnego bohatera, utożsamianego z żartami w podobnej konwencji. Po długich poszukiwaniach Anglicy ostatecznie postawili na piedestale swojego herosa. Okazał się nim... Emile Heskey, ongiś piłkarz Aston Villi, dziś gwiazda australijskich boisk.
Bogate życie zawodowe oraz towarzyskie spowodowało, że Heskey od dawien dawna znajdował się na ustach angielskich kibiców, lecz dopiero w ostatnich kilku miesiącach żarty o dobrze zbudowanym napastniku przybrały na sile. W Internecie można znaleźć nawet osobne strony poświęcone wyłącznie żartom na temat byłego snajpera Wigan Athletic oraz Liverpoolu.
"Jak zdezorientować Emile'a Heskeya? Dać mu piłkę", "Cristiano Ronaldo powiedział, że kopnie samego siebie, jeśli nie zostanie powołany do portugalskiej kadry. Emile Heskey stwierdził, że zrobi to samo, jeśli nie zostanie powołany do reprezentacji Anglii, ale spudłował", "Złe wiadomości dla kibiców Aston Villi przed zbliżającym się Pucharem Narodów Afryki - Emile Heskey nie jest Afrykańczykiem" - to tylko część żartów, które można znaleźć w Internecie, gdy wpiszemy w wyszukiwarkę odpowiednie hasło. A rezultatów tego typu poszukiwań jest naprawdę cała masa.
Facebook również nie pozostał dłużny. Na portalu społecznościowym utworzonych zostało wiele stron, które mają na celu żartowanie z piłkarza reprezentującego barwy jednego z australijskich klubów. Jeśli dobrze poszukamy, możemy polubić chociażby strony: "Ten dziwny moment, gdy Emile Heskey podpisuje kontrakt z Barceloną", "Emile Heskey potrafi sprawić, by cebula płakała", "Niektórzy twierdzą, że Pele ma w swojej sypialni plakat Emile'a Heskeya" czy też społeczną inicjatywę, by przed stadionem Wembley stanął posąg Emile'a Heskeya.
Można spytać, czym Emile Heskey zasłużył na te wszystkie, często niepochlebne, dowcipy? Cóź, Heskey jest przypadkiem dziwnym do sklasyfikowania. Nie jest to bowiem piłkarz wybitny, lecz pomimo swoich wszystkich braków snajper (choć trudno jednoznacznie stwierdzić, czy to dobre określenie dla 34-letniego piłkarza) rozegrał aż 62 mecze w dorosłej reprezentacji Anglii i strzelił w nich siedem goli (więcej trafień od Heskeya mają między innymi Rene Higuita oraz Jose Luis Chilavert, a obaj ci zawodnicy występowali na pozycji bramkarza). Heskey to fenomen. Dobrze zbudowany, rosły gracz, który zbyt często nie potrafi skierować piłki do siatki, zachowując się przy tym aż nadto pokracznie na boisku.
Anglicy znaleźli dla siebie nowego bohatera dowcipów i z tego co można zauważyć, dawno zapomnieli już o amerykańskim aktorze. Ciekawe, który z piłkarzy rodzimej T-Mobile Ekstraklasy najbardziej pasowałby do miana następcy Chucka Norrisa? Macie jakieś propozycje?
poniedziałek, 21 stycznia 2013
#1 Podcast - Podsumowanie 23. kolejki Premier League
Pierwszy raz bawię się w coś takiego, dlatego też prosiłbym o wybaczenie wszelkich niedoskonałości. Pierwszy podcast bloga Zza Linii Bocznej, w którym słowem mówionym opisuję to, co w weekend działo się na angielskich boiskach.
Jeśli taka forma komunikacji przypadnie Wam do gustu, a przede wszystkim nie zanudzicie się moim głosem, będę częściej wrzucał podcasty, gdyż odnalazłem w tym ciekawą formę porozumiewania się z Wami.
A zatem, tam-ta-ram, zapraszam do odsłuchania premierowego podcasta bloga Zza Linii Bocznej:
Jeśli taka forma komunikacji przypadnie Wam do gustu, a przede wszystkim nie zanudzicie się moim głosem, będę częściej wrzucał podcasty, gdyż odnalazłem w tym ciekawą formę porozumiewania się z Wami.
A zatem, tam-ta-ram, zapraszam do odsłuchania premierowego podcasta bloga Zza Linii Bocznej:
Etykiety:
Podcasty
niedziela, 20 stycznia 2013
Ręka nadal tkwi w klozecie
Tottenham nie wywalczył w meczu z Manchesterem United jednego punktu, choć strzelony w drugiej minucie doliczonego czasu drugiej połowy gol na 1:1 może poniekąd na to wskazywać. Tak naprawdę Spurs, po raz kolejny w tym sezonie, będąc drużyną zdecydowanie lepszą od przeciwnika zaprzepaścili olbrzymią szansę na zgarnięcie całej puli.
Wywalczenie dubletu w spotkaniach z Manchesterem United byłoby dla zespołu Andre Villasa-Boasa wydarzeniem przewspaniałym. W mojej kilkuletniej (już niedługo jubileusz dziesięciolecia) karierze fana Tottenhamu nie doświadczyłem jeszcze tego uczucia, dlatego też w niedzielne popołudnie z wypiekami na policzkach chciałem przyglądać się grze londyńskiego klubu, który miał po raz drugi w tym sezonie pokonać "Czerwone Diabły". No bo skoro udało się na Old Trafford, to dlaczego ma nie wyjść przed własną publicznością?
W realizacji tego planu gospodarzom przeszkodziło kilka czynników, z których raptem jeden pochodzi spoza londyńskiego obozu. Był nim, a w zasadzie jest nim, Robin van Persie, który bez względu na to w jakiej drużynie występuje, zawsze musi popsuć kibicom Tottenhamu sporo krwi. Wcześniej wygrywał w pojedynkę derbowe starcia dla Arsenalu, tym razem był niesamowicie bliski osiągnięcia tego samego dla Manchesteru United. I choć ostatecznie na White Hart Lane padł remis 1:1, to od zwycięstwa przyjezdnych, lub też Robin van Persie Team, dzieliły dosłownie sekundy.
Tottenham bił głową w mur praktycznie od samego początku, o czym zresztą informują nas statystyki z tego meczu. Gra toczyła się głównie w okolicach pola karnego Davida De Gei, który dwoił się i troił, byle tylko zapewnić swojej drużynie zwycięstwo. Hiszpan do 92. minuty bronił wszystkie uderzenia zawodników Spurs, nawet te w sytuacjach sam na sam. I choć w większości jego parady wynikały z fatalnej dyspozycji napastników Tottenhamu, którzy zamiast w bramkę celowali w bramkarza, to jednak parę razy hiszpański golkiper stanął na wysokości zadania. A w sumie to osiemnaście, bo tyle, jeśli wierzyć statystykom BBC, celnych strzałów na jego bramkę oddali w tym meczu piłkarze Tottenhamu.
W tym momencie dochodzimy więc do kluczowej sprawy służącej opisowi tego spotkania. Brak skutecznego napastnika po raz kolejny mógł odbić się Tottenhamowi niezwykle bolesną czkawką. W lutym 2011 roku napisałem tekst opisujący fatalną sytuację z napastnikami na White Hart Lane. Od tego czasu w północnym Londynie nic się nie zmieniło. Tottenham wciąż nie ma nawet połowy napastnika. Bo gdyby ktoś taki znajdował się w składzie Spurs, w niedzielę Tottenham schodziłby z murawy z trzema punktami w kieszeni., gdyż dla normalnego snajpera wykorzystanie takich okazji, jakie zmarnowali Clint Dempsey i Jermain Defoe to bułka z masłem. Nie nazwałbym tego frajerstwem, choć gdy wyłączałem transmisję w 91. minucie nie sądziłem, że Spurs są w stanie wywalczyć jeszcze w tym meczu choćby punkt. W moich oczach to podstawowe braki w formacji ataku, które na finiszu rozgrywek mogą zaważyć na zajmowanym przez Tottenham miejscu. W zeszłym sezonie Spurs chcąc zapewnić sobie pewne miejsce w Lidze Mistrzów musieli wygrać raptem jedno spotkanie więcej. Podopieczni Harry'ego Redknappa nie osiągnęli jednak tego celu, głównie przez słabą postawę w drugiej części sezonu. Kto wie, czy w bieżących rozgrywkach nie czeka ich taki sam los? Los drużyny, która może osiągnąć wszystko, ale przez brak jednego zawodnika jest w tym konsekwentnie blokowana.
Aha, i jeszcze jedno: idioci, którzy rzucali śnieżkami w Patrice'a Evrę powinni dostać zakaz dożywotniego pojawiania się na stadionie. Poziom kibiców ligi polskiej.
niedziela, 13 stycznia 2013
Jak pokochać klub bez sukcesów?
Eddie Izzard to jeden z najpopularniejszych, brytyjskich komików. Co ciekawe, lubiący przebierać się w damskie ciuchy artysta, jest również zapalonym kibicem piłkarskim. Jak się jednak okazuje, Izzard nie trzyma kciuków za żaden z klubów czołówki Premier League.
Eddie Izzard to brytyjski komik oraz aktor. Filmiki z jego udziałem, biją rekordy popularności na portalu Youtube. Izzard wygrał dwukrotnie nagrodę Emmy dla komików stand-up. Wyróżnia się niezwykle charakterystycznycm stylem uprawiania swojego zawodu. W swoich monologach dość często przeklina, a przez absurd swojego dowcipu jego dokonania często porównywane są do twórczości Monthy Pythona. Sam John Cleese przyznał kiedyś, że Izzard jest "zaginionym członkiem jego grupy". Dodatkowo występy Izzarda niezwykle często posiadają także elementy pantomimy oraz podział na role. Aktor znany jest również z głównej roli w serialu The Riches. Izzard występował także w takich filmach, jak: "Ocean's Twelve: Dogrywka", "Ocean's 13", "Opowieści z Narnii: Książe Kaspian", " Opowieści z Narnii: Podróż Wędrowca do Świtu", "Cień wampira", "Romanse i papierosy" czy "Blueberry".
Izzard znany jest przede wszystkim ze swojego transwestytyzmu. Na scenie często pojawia się ubrany w damskie ciuchy, określając samego siebie mianem "lesbijki uwięzionej w męskim ciele".
Mało kto zdaje sobie jednak sprawę z tego, że Eddie Izzard jest również zapalonym kibicem piłkarskim. O swojej miłości do jednego z londyńskich klubów, aktor napisał nawet w swojej biografii, której fragment postanowiłem Wam przedstawić.
Jestem niezwykle podobny do swojego ojca. Nie reagujemy zbyt emocjonalnie na sukcesy, bo zbyt wiele przeszliśmy już w życiu i doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że kolejne gówno może czekać tuż za rogiem. Pomimo to nie można nas określić mianem ponuraków.
Obecnie czasem pracujemy razem w ośrodku kultury w Sidley, miejscu, w którym mój tata dorastał. Moja babcia uruchomiła tę placówkę w 1949 roku. Uczyła mnie i mojego brata, gdy byliśmy razem w przedszkolu. Sprzedawałem lody w kiosku na dole wzgórza, a potem jeździłem na rowerze w poszukiwaniu miejsc, w których stacjonują żołnierze. The De La Warr Pavilion był miejscem, gdzie sprzedawałem kiełbasę, jajka, frytki i ciepłą herbatę starszym kobietom. Moim idolem był Spike Milligan, były żołnierz, który po zakończeniu II Wojny Światowej rozpoczął karierę komika. To właśnie na jego występy wydawałem większość zarobionych pieniędzy.
Kiedyś postanowiłem zadowolić mieszkańców Sidley i przedstawić im swój show. Wziąłem nawet reflektory z Hollywood, podobne do tych, które w trakcie wojny wyznaczały nocą miejsca lądowań samolotów. Dostaliśmy zgodę władz miasta, ale w trakcie występu, do mojego agenta zadzwoniła policja z pytaniem: "co się do cholery dzieje?". Sidley, po raz ostatni, tak jasne niebo widziało w trakcie nocnych nalotów bombowych w 1942 roku. Ludzie byli zdziwieni i pytali czy mogą wejść. Miło jest znów pracować z tatą, który obecnie jest skarbnikiem w centrum kultury.
W 1969 roku postanowiliśmy opuści Walię i wróciliśmy do życia w Bexhill. Razem z bratem chodziliśmy do szkoły w Eastburne. Pierwsza z nich nazywała się St. Bede i leżała u podnóża South Downs. Th Downs mają strome brzegi z mnóstwem kraterów bombowych, ponieważ brytyjskie samoloty, po powrocie z misji, musiały gdzieś zdetonować niewykorzystane bomby, gdyż nie mogły lądować z takim obciążeniem. Trafiło na tę właśnie okolicę, rzeźbiąc ją w niespotykany sposób.
Właśnie w takich okolicznościach przyrody przyszło mi grać w piłkę nożną. Uwielbiałem to, wtedy żyłem tylko i wyłącznie futbolem. Biegałem po boisku, raz grając na lewym, a raz na prawym skrzydle. Byłem nawet w pierwszej drużynie. Nie byłem najlepszym, ani najbardziej utalentowanym zawodnikiem na wykraterowanym boisku, ale byłem znakomity w wybijaniu futbolówki z linii bramkowej, gdy piłka mijała naszego bramkarza. A kiedy jakiś gość biegł z piłką do przodu, starałem się go dogonić, by mógł mi ją odegrać. Zawsze zostawiałem serce na boisku. Starałem się jednak unikać sytuacji, w których inni mogliby mnie zabić za nietrafienie do pustej bramki. Wolałem podawać. Szukałem lepiej ustawionych kolegów. Kiedy trener wyczytywał nazwiska chłopaków, którzy grają w meczu i ja też mogłem usłyszeć: "wstawiaj i zakładaj koszulkę, grasz", byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
W drugiej szkole, w Eastbourne, nie grali w piłkę. Woleli nudne rugby, krykieta czy hokej, ale futbol był tam traktowany na równi z szydełkowaniem oraz garncarstwem. To była idiotyczna decyzja. Po jakimś czasie zdecydowałem w ogóle zrezygnować ze sportu. Jeśli nie mogłem grać w piłkę, nie widziałem się w żadnej innej dyscyplinie.
Na studiach pomyślałem, że warto do tego wrócić. Po pierwszym treningu zdałem sobie jednak sprawę z tego, iż pięcioletni rozbrat z piłką nożną dał mi się poważnie we znaki. Ludzie, którzy grali zdecydowanie częściej ode mnie, traktowali mnie jak gówno i nie podawali futbolówki. Na moje nieszczęście, nie pasowałem do żadnego innego sportu. W krykiecie piłka zawsze starała się mnie uderzyć. Hokej był za szybki i nigdy nie nadążałem za krążkiem. Pracowałem bardzo ciężko nad techniką, aby spróbować dostać się do drużyny, ale nie potrafiłem wejść na poziom najlepszych chłopaków. W piłce nożnej byłem podstawowym zawodnikiem. Zagrałem czternaście spotkań, z których aż jedenaście wygraliśmy. Prawie wystąpiłem w reprezentacji swojego miasta. Byłem rezerwowym w meczu Eastbourne - Seaford.
W 1966 roku tata zachęcał mnie i mojego brata do oglądania mundialu. "Musicie to obejrzeć" - mówił. Odpowiadaliśmy nie i wkładaliśmy sobie klocki do uszu. Mieliśmy futbol powyżej dziurek w nosie.
Kibicowanie Crystal Palace to prawdziwe wyzwanie dla człowieka. To, co robi ta drużyna, w dużej mierze opiera się na regularnych awansach oraz spadkach z i do Premier League. Mój tata ogląda niemal każdy mecz na własnym terenie z wysokości trybun. Wujek także. Ja z bratem również często przyjeżdżamy na Selhurst Park. Siedzimy tam, gdzie zawsze siedzi wujek. Zajmujemy te miejsca od 1969 roku. Lubię Crystal Palace. W ostatnich latach walczymy o utrzymanie w Championship, lecz może nasze czasy kiedyś wrócą. Ktoś zapytał mnie kiedyś: "czy nie przesadzi, jeśli powie, iż Crystal Palace jest drużyną z dowcipów?". Odpowiedziałem mu, że powinien za to umrzeć. Gdy jestem na scenie, ludzie często zastanawiają się, jak ja to robię. W futbolu dzieje się to samo. Jakim cudem piłkarzom udaje się trafić piłką do takiej bramki? Choć w przypadku Crystal Palace pytanie powinno brzmieć: "jakim cudem im się to nie udaje?"
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






