Powered By Blogger

czwartek, 21 marca 2013

Bo w Australii piłkę kopią, rzucają, odbijają i podają

Większość Australijczyków ma gdzieś to, że po prostokątnym boisku za piłką ganiają Emile Heskey czy Alessandro Del Piero. Większość Aussie z niecierpliwością czeka na koniec marca, bo wtedy rozpoczynają się rozgrywki ich ulubionego sportu - futbolu australijskiego. W zeszłym roku przyrzekłem sobie, że będę Polakom trochę ten sport przybliżał. Przez jakiś czas mi wychodziło, lecz później redakcyjne zawirowania spowodowały, że odszedłem od tematu. Dziś do niego wracam, bo już w nocy startuje kolejny sezon AFL!

Od dzisiaj, co jakiś czas, będę starał się zamieścić na blogu skromny tekst traktujący właśnie o jednej z moich ulubionych, obok piłki nożnej oraz lacrosse'a, dyscyplinie sportu. Chyba jestem sportowym hipsterem. Interesują mnie dyscypliny, które reszta świata ma w głębokim poważaniu. Walić to, ich strata.

PROSTE ZASADY

Aby poznać jakikolwiek sport, trzeba zrozumieć jego zasady. Futbol australijski nie posiada ich jednak zbyt wiele. Mecze składają się z czterech kwart trwających dwadzieścia minut. Boisko ma owalny kształt i musi posiadać od 135 do 185 metrów długości oraz od 110 do 155 metrów szerokości. Na przeciwległych krańcach gigantycznego owalu umieszczone są trzy bramki oznakowane czterema słupkami. Celny strzał między środkowe słupy daje drużynie sześć punktów. Trafienie w jedną z dwóch bocznych bramek daje tylko jeden punkt (tak zwany behind).

Każda drużyna składa się z osiemnastu piłkarzy plus czterech rezerwowych. Zawodnicy mogą uderzać piłkę (przypominającą nieco tę znaną z rugby) pięścią oraz kopać, lecz nie mogą jej podawać ani rzucać otwartą dłonią. Gdy piłkarz biegnie z piłką w rękach, musi odbić ją od ziemi raz na piętnaście metrów. Jeśli natomiast uda mu się złapać futbolówkę kopniętą z odległości co najmniej piętnastu metrów (zanim ta zdąży odbić się od murawy), zawodnik ma prawo do zagrywki nazywanej "mark" (kopnięcie piłki będąc nieatakowanym przez żadnego z rywali). Warte podkreślenia jest też to, że w futbolu australijskim nie istnieje przepis o spalonym.

Boiskowe wydarzenia również nie przebiegają w zgodzie z milionem przepisów utrudniających zdobycie bramki. Zawodnicy mogą się popychać i łapać za każdą część ciała od ramion do kolan. Podobnie jak w rugby, głównym sposobem na odzyskanie piłki jest więc zmiecenie przeciwnika z powierzchni ziemi. Hulk Hogan, amerykański wrestler, jest przekonany, że większość zawodników tego sportu bez problemu poradziłoby sobie w sportach walki, podczas gdy on sam boi się wejść na boisko futbolu australijskiego. Co ciekawe, prócz ochraniaczy na zęby, zawodnicy footy (jak zdrobniale nazywany jest ten sport) nie mają na sobie żadnych zabezpieczeń. Z tego też powodu w każdym spotkaniu zdarzają się poważne kontuzje, które są zapisywane w pomeczowych raportach i umieszczane na stronach internetowych wraz z dokładnym opisem danego urazu. Legendarny kapitan Essendon Bombers, James Hird, niemal w każdym wywiadzie podkreśla, że w trakcie swojej zawodowej kariery miał uszkodzoną absolutnie każdą część ciała. Dodatkowo w ostatnich kilkudziesięciu latach odnotowano aż pięćdziesiąt zgonów podczas gry w futbol australijski (wliczając spotkania amatorów). Najczęstszymi powodami śmierci były choroby serca oraz urazy mózgu wynikające z brutalnej gry. Z powodu ogromnej kontuzjogenności tej dyscypliny, niemal wszyscy zawodnicy uprawiający footy przechodzą na "emeryturę" po przekroczeniu trzydziestki.

DZIWNE WYNIKI

Zdecydowanie więcej kłopotów osobom niezaznajomionym z futbolem australijskim sprawia odczytywanie rezultatu spotkania. Przykład:

Adelaide Crows 10.17 (77) - West Coast Eagles 5.13 (43)

Liczby oznaczają kolejno: ilość goli za sześć punktów, ilość goli za jeden punkt (behindów) oraz, podawaną najczęściej w nawiasie, łączną ilość punktów. Co ciekawe pomeczowe raporty, prócz końcowego wyniku, najlepszych piłkarzy oraz strzelców poszczególnych bramek zawierają także wszystkie kontuzje doznane przez graczy w trakcie trwania meczu, natomiast na stronach internetowych zespołów umieszczone są osobne działy, w których wymienieni są wszyscy kontuzjowani piłkarze danego klubu.

Proste zasady odpowiadają graczom futbolu australijskiego, o których inteligencji krążą legendy. Gazety z Andypodów przepełnione są wręcz opowieściami o pijanych piłkarzach demolujących kolejne puby. W ostatnim czasie zasłynął szczególnie Liam Jurrah, zawodnik "Demonów" z Melbourne, który po pijaku straszył przechodniów... maczetą! Bernie Vince, gracz "Wron" z Adelajdy, świętując zwycięstwo swojej ulubionej drużyny w krykieta wlał w siebie tyle wysokoprocentowego płynu, że postanowił na oczach wszystkich klientów baru rozebrać się do naga. Inteligencją nie błysnął także kapitan "Świętych" z Saint Kildy, Nick Riewoldt, którego nagie zdjęcia przed rozpoczęciem poprzedniego sezonu znalazły się w świeci. Riewoldt jednak nic sobie z tego nie zrobił twierdząc jedynie, że "ma się czym pochwalić".

TYSIĄCE FANÓW

Pomimo tego typu zachowań zawodników, futbol australijski nie zraża do siebie ani kibiców, ani też sponsorów. Jeden z działaczy klubów AFL stwierdził nawet, że "z żadnego innego sportu nikt nie zrobi takiej kasy". Australijska odmiana futbolu przebija popularnością w tym kraju wszystkie pozostałe dyscypliny z rugby, piłką nożną oraz koszykówką na czele. Każdy finał AFL ogląda z wysokości trybun niemalże sto tysięcy fanów. Rekord z 1970 roku wynosi natomiast 121,5 tysiąca widzów.

Popularność wśród fanów wpływa również na zainteresowanie poważnych sponsorów, wśród których znajdziemy takie koncerny jak: Sony, Toyota czy Coca Cola. W zeszłym roku działacze ligi podpisali kontrakt na sprzedaż praw telewizyjnych. Jego wartość oszacowano na 1.25 mld dolarów! Koncern News Corporation, na czele którego stoi Australijczyk Rupert Murdoch, zdecydował, że stacja Fox otworzy na Antypodach nowy kanał poświęcony wyłącznie australijskiej odmianie futbolu.

POLSKIE PIĘTNO

Polscy emigranci również zapisali się na kartach historii futbolu australijskiego. Nieprzemijający rozgłos zdobył ród Krakouerów wywodzący się z Krakowa. Najstarszy z nich, Jim, przez długie lata reprezentował barwy North Melbourne Kangaroos, a w 1986 roku został nawet wybrany najlepszym zawodnikiem całego sezonu. Jego brat Phil trzykrotnie zdobywał tytuł klubowego króla strzelców, a syn Andrew w 102 meczach dla Richmond Tigers strzelił... 102 gole! Inna sprawa, że kariera Andrew Krakouera zatrzymała się jakiś czas temu, gdy zawodnik otrzymał karę 20 lat pozbawienia wolności za ciężkie pobicie. Krakouerowi udało się jednak wybronić i po trzech latach odsiadki wrócił do AFL jako zawodnik Collingwood Magpies. Młodsze pokolenie dzieci naszych emigrantów reprezentują Jared Polec z Brisbane Lions oraz Nathan Krakouer z Gold Coast Suns.

Zdecydowanie lepiej nasz kraj w Australii reprezentował Brian Sierakowski, który swego czasu wygrał z Saint Kildą mistrzostwo kraju. Sam Sierakowski na najmniejszym z kontynentów zasłynął jednak bardziej z tego, że w 1997 roku przeżył atak rekina na Oceanie Indyjskim. Rozszarpany przez ostre zęby rekina kajak zawodnika jest do dziś jedną z atrakcji turystycznych portowego miasta Perth.

WICEMISTRZOSTWO ŚWIATA

Futbolowi australijskiemu do podbicia świata brakuje tylko jednego: zainteresowania poza Australią. Owszem, najlepsi gracze footy od czasu do czasu grają mecze pokazowe na innych kontynentach, lecz poziom drużyn, z którymi przychodzi im rywalizować jest niezwykle niski. Jakiś czas temu gracze z Antypodów rozgrywali jeszcze mecze międzynarodowe z reprezentacją Irlandii. Choć na Zielonej Wyspie grają w futbol gaelicki, to reguły tych dyscyplin są do siebie na tyle podobne, że na potrzeby promocji obu sportów udało się wypracować zadowalające każdą ze stron reguły. Pomimo to od 2006 roku nie odbyło się żadne spotkanie między Irlandią a Australią. Powód? W 2006 roku Australijczycy wręcz zmasakrowali niczego nie spodziewających się Irlandczyków, przez co ci drudzy do dzisiaj w popłochu uciekają na sam dźwięk słów "futbol australijski".

W Polsce istnieje jeden klub futbolu australijskiego - Polish Bisons. Założona w Poznaniu drużyna od czasu do czasu gra nawet towarzyskie spotkania z kolegami z Pragi oraz Berlina. Może jednak warto zastanowić się nad popularyzacją tego sportu w naszym kraju? W końcu jedno jest pewne: tym razem przynajmniej wicemistrzostwo świata byłoby w naszym zasięgu!

poniedziałek, 18 marca 2013

Swastyka nad White Hart Lane


Na White Hart Lane Niemców przyjmują obecnie z otwartymi ramionami. Wcześniej Steffen Freund czy Jurgen Klinsmann, a dziś Lewis Holtby pozwolili kibicom popularnych "Kogutów" zaprzyjaźnić się z przedstawicielami tego kraju. Kilkadziesiąt lat wcześniej atmosfera ta nie była jednak aż tak przyjemna. Szczególnie w 1935 roku, kiedy to reprezentacja Niemiec, właśnie na obiekcie Spurs, postanowiła rozegrać towarzyskie spotkanie z reprezentacją Anglii.

Na początku odrobinę rysu historycznego: w 1935 roku Adolf Hitler posiadał już pełnię władzy w Niemczech, pogłębiając nazyfikację struktur państwowych oraz totalitarną kontrolę nad obywatelami. Europa jednak, na razie bez większej obawy, przyglądała się kolejnym ruchom niemieckiego dyktatora nie sądząc nawet, że tak dalece posunięta bierność, kilka lat później, może się dla wielu niezwykle źle skończyć.

W wymienionym już wyżej 1935 roku swastyka zawisła po raz pierwszy, i szczęśliwie ostatni, nad White Hart Lane - angielskim stadionem piłkarskim, na co dzień areną zmagań zawodników Tottenhamu Hotspur. Był 4 grudnia - termin spotkania reprezentacyjnego między Anglikami i Niemcami. Dzień wcześniej ze światem niespodziewanie pożegnała się księżniczka Wiktoria i dlatego też wszystkie flagi, włącznie z tą niemiecką, opuszczono do połowy masztów. Zapytać można, kto wpadł na ten diabelski pomysł, by spotkanie pomiędzy Anglią a nazistowskimi Niemcami rozgrywać na stadionie drużyny, która już w tamtych czasach znana była, jako "żydowski klub", głównie z powodu żydowskiej społeczności zamieszkującej północny Londyn. Dodatkowo sporo piłkarzy Tottenhamu Hotspur było pochodzenia żydowskiego, co tylko dodawało pikanterii temu meczowi.

Gdy kilka miesięcy wcześniej ogłoszono, że towarzyskie spotkanie w piłkę nożną między tymi krajami zostanie rozegrane właśnie na White Hart Lane w prasie oraz radio rozgorzała ostra debata na ten temat. Opinia publiczna otwarcie krytykowała ów wybór przekonując, że piłkarski spektakl może przerodzić się w teatr niemieckiej propagandy. Wielu przedstawicieli angielskiego rządu również nie zgadzało się na to, by mecz rozgrywał się w północnym Londynie, szczególnie gdy wzięto pod uwagę fakt sporego wzrostu zainteresowania faszyzmem w Niemczech oraz Włoszech. Żadnej decyzji o odwołaniu spotkania pomimo to nie podjęto.

W miesiącach poprzedzających spotkanie w okolicach White Hart Lane miało miejsce wiele protestów organizowanych głównie przez Żydów, którzy nie chcieli dopuścić do rozegrania meczu. Fala sprzeciwu wzrosła dodatkowo, gdy do Anglii doszła informacja o tym, jakoby jeden z polskich żydów został zamordowany przez nazistów podczas towarzyskiego spotkania Polaków z Niemcami.

Lata trzydzieste dwudziestego wieku przyniosły ogromne zainteresowanie piłką nożną, szczególnie w Anglii. Meczowi na White Hart Lane z wysokości trybun łącznie przyglądało się 60 tysięcy fanów, z czego aż 10 tysięcy z Niemiec. Tuż przed pierwszym gwizdkiem obok stadionu przeszedł marsz sprzeciwiający się rozegraniu spotkania, a jego przedstawiciele rozdawali fanom ulotki informujące o nazistowskich zapędach Niemców. W trakcie meczu, ani po jego zakończeniu, nie odnotowano jednak żadnego niebezpiecznego zajścia z udziałem kibiców obu reprezentacji.

Jedynym nieprzyjemnym akcentem był fakt wykonania przez niemieckich piłkarzy nazistowskiego pozdrowienia na chwilę przed rozpoczęciem spotkania. Było to jednak zaledwie preludium przed późniejszymi dziełami zniszczenia sportu dokonanymi przez Niemców ze słynnymi "Nazistowskimi Igrzyskami Olimpijskimi" z 1936 roku na czele. Warto przypomnieć także, że w 1938 roku, przed towarzyskim meczem Niemców z Anglikami w Berlinie, przyjezdni również zostali przekonani do wykonania nazistowskiego pozdrowienia. Co ciekawe, zrobić tego nie chciał jedynie Stan Cullis, piłkarz Wolverhampton. Był to zresztą jedyny powód, przez który zawodnik Wolves w tym spotkaniu nie wystąpił.

sobota, 16 marca 2013

Przed blokiem walczysz, a nie grasz w tiki-takę

Jeśli w tym sezonie walka o utrzymanie w Premier League będzie tak zacięta, jak spotkanie Queens Park Rangers z Aston Villą, to do ostatniej kolejki nie będziemy do końca wiedzieli, które drużyny pożegnają się z Premier League, a jakie byt w najwyższej klasie rozgrywkowej w Anglii zachowają.


Meczowi QPR z "The Villans" przyglądałem się z wielu względów. Po pierwsze, Aston Villa jest jednym z tych klubów, bez których nie wyobrażam sobie rozgrywek Premier League. Po drugie, trzymam niesamowicie mocno kciuki za Paula Lamberta i jego młodzież, głównie z powodu niezwykle odważnych roszad dokonanych latem zeszłego roku, kiedy to były menedżer Norwich City obejmował posadę trenera klubu z Birmingham. Po trzecie, o czym wielu z Was wie, nie chciałbym, żeby QPR utrzymało się w lidze. Po czwarte, nie darzę Harry'ego Redknappa większą sympatią. Po piąte, w Aston Villi gra jeden z moich ulubieńców - Christian Benteke. Po szóste, "The Hoops" wygrali dwa mecze z rzędu i ogromną radość sprawiłoby mi oglądanie przerwania tej passy. Czy to wystarczająca liczba powodów do tego, by odpuścić sobie pozostałe mecze i przenieść się na te dwie godziny na Villa Park?

Aston Villa ma w tym sezonie ogromnego pecha. Rozbita przez ogromną liczbę kontuzji podstawowa jedenastka "The Villans" została odmłodzona, a część syfu pozostawionego przez Alexa McLeisha, który trafił na ławkę trenerską Aston Villi z niebieskiej części Birmingham, posprzątana. Paul Lambert od samego początku nie miał łatwo - jego drużyna przegrywała mecz za meczem i to przegrywała różnicą kilku trafień. Gdy jednak łapała formę, potrafiła wygrać z każdym (chociażby na wyjeździe z Liverpoolem i to aż 3:0).

Aston Villa dodatkowo w końcu przestała być budowana tak, jak obecnie budowane jest QPR. Randy Lerner, właściciel "The Villans", ma przecież kasę na nowych zawodników i jeszcze dwa-trzy lata temu wydawał ją nad wyraz chętnie na przeciętnych zawodników z dużymi nazwiskami. Tak, na przykład, na Villa Park trafił chociażby Darren Bent, który, siedząc dziś na ławce rezerwowych, najprawdopodobniej zastanawia się, dlaczego ktoś do jego nazwiska wyświetlanego na tablicy świetlnej po strzeleniu gola dodaje końcówkę -eke.

Nie liczące strat Queens Park Rangers tymczasem wybrało kompletnie inną drogą w walce o utrzymanie. Na Loftus Road nikt nie myśli w stopniu większym od niezbędnego o przyszłości tego klubu. Liczy się tu i teraz. Teraz, czyli utrzymanie w gronie Premier League za wszelką cenę. Bez jakiejkolwiek oceny tego działania. Remy, Samba, Bosingwa, Julio Cesar - już tylko ci piłkarze najprawdopodobniej zarabiają więcej niż cała podstawowa jedenastka Aston Villi, a przynajmniej są to kwoty do siebie niesamowicie zbliżone. Nie chcę się wypowiadać o tym, czy wysokie zarobki są dobre, czy złe. Jeśli jesteś w czymś dobry, powinieneś otrzymywać adekwatne do umiejętności wynagrodzenie. Bez względu na to, czy jesteś stolarzem, kelnerem czy piłkarzem. No, chyba że jesteś piłkarzem Queens Park Rangers. Wówczas twoje umiejętności są mniej ważne. Na pierwszy plan wybija się bowiem twoje nazwisko i to, jak wysoko jesteś oceniany przez piłkarskich "ekspertów". 

W Aston Villi obyło się bez rozpaczliwych prób zakontraktowania jakichkolwiek zawodników. Na Villa Park wyszli z założenia, że byt w Premier League można zachować stawiając na piłkarzy wychowanych przez klub z Birmingham, a nieznani wcześniej Ciaran Clark, Marc Albrigthon, Andreas Weimann, czy Ashley Westwood to dziś zawodnicy, o których pytają zdecydowanie mocniejsze od "The Villans" kluby. O Julio Cesara, Christophera Sambę czy Jermaine'a Jenasa pytać nie będzie już raczej nikt.

Sam mecz nie był widowiskiem pełnym ochów i achów. W walce o utrzymanie nie o to przecież chodzi. Liczy się to, która drużyna po upływie 90 minut zostawi na boisku więcej potu. Której na zwycięstwie będzie bardziej zależeć. Która nie zadowoli się punktem, a do ostatniego gwizdka będzie walczyła o pełną pulę. Nie liczy się technika, taktyka, piękno futbolu i jakaś pieprzona tiki taka. Tak, jak na boisku przed Twoim blokiem: nie grasz pięknie, tylko walczysz o to, by pokonać swoich kolegów. Bo remis nikogo nie urządza. Bo remis, w takim spotkaniu, to praktycznie porażka. Dla każdego zespołu. Nikt nie lubi przecież latać po Coca-Colę, którą przegrywa w zakładzie.

Oglądając rozgrywany na Villa Park mecz, znowu, choć na chwilę, poczułem się małym chłopcem. Chłopcem, dla którego najważniejsze jest otrzymanie piłki od kolegi i wyszarpanie za wszelką cenę zwycięstwa z rąk kolegów z drużyny przeciwnej. Bez względu na to, czy wygrywa się 11-10, 9-8, czy 14-13. Ważne, by gdy już się wszyscy odpowiednio zmęczymy, to moja drużyna miała o tego jednego gola więcej od rywala.

Mecz ostatecznie zakończył się zwycięstwem Aston Villi. Skromnym, bo skromnym, ale jakże ważnym. Radość Paula Lamberta z każdego kolejnego gola strzelonego przez jego piłkarzy nie może dziwić. Sam, choć nie jestem fanem 'The Villans", cieszyłem się podobnie. Taki już ze mnie hejter...

czwartek, 14 marca 2013

Kryzys szansą na dominację


Stało się. Ostatni angielski klub w tej edycji Ligi Mistrzów pożegnał się z rozgrywkami. Po raz pierwszy od 1996 roku Anglia nie ma swojego żadnego przedstawiciela w fazie ćwierćfinałowej najbardziej elitarnego turnieju na Starym Kontynencie. "Europa nas dogoniła" - grzmi Arsene Wenger i poważnie zastanawia się nad przyszłością piłki na Wyspach Brytyjskich. Pytanie brzmi jednak, czy faktycznie tak jest?

Analizując postawę londyńskiego Arsenalu w rewanżowym starciu z Bayernem Monachium można odnieść wrażenie, że "Kanonierzy" odpadli z tych rozgrywek, bo mieli odrobinę mniej szczęścia. Bayern, tak jak w zeszłej edycji w meczu z Chelsea, był drużyną zdecydowanie lepszą; przeważał i stwarzał sobie mnóstwo sytuacji podbramkowych, lecz nie potrafił z nich skorzystać. Między słupkami bramki Arsenalu świetnie radził sobie Łukasz Fabiański, który wrócił do składu "Kanonierów" po kilkunastomiesięcznej przerwie. Polski bramkarz bez większego problemu zatrzymywał Arjena Robbena, Mario Mandżukicia czy Tony'ego Kroosa udowadniając, że Wojciech Szczęsny wciąż ma w nim poważnego konkurenta. W ataku natomiast "The Gunners" byli zabójczo skuteczni. Już w trzeciej minucie nadzieję w serca fanów z miasta nad Tamizą wlał Olivier Giroud, a płomień pomyślności w samej końcówce podpalił Laurent Koscielny. I choć tak naprawdę były to w zasadzie jedyne groźne sytuacje stworzone w tym meczu przez Arsenal, to mając w pamięci wymienione wyżej starcie Bayernu z Chelsea, od awansu podopiecznych Arsene'a Wengera dzielił w zasadzie mały krok.

Arsenal jednak odpadł, co natychmiast uruchomiło lawinę komentarzy na Wyspach Brytyjskich. Większość dziennikarzy jest ze sobą zgodna: angielski futbol znalazł się w letargu i tak bolesny cios może go ze snu zbudzić. Kluby w Europie wydają coraz więcej na nowych piłkarzy, podczas gdy w Premier League szalają raptem  dwa kluby: Chelsea oraz Manchester City. Oba zresztą pożegnały się z Ligą Mistrzów już w fazie grupowej. Przypadek?

Pytać w tym miejscu można jednak również o to, jak spisałby się Arsenal, gdyby nie plaga kontuzji, jaka nawiedziła ekipę z Emirates Stadium. Czy przy wyniku 2:0 dla "The Gunners" o strzeleniu gola dającego awans nie zadecydowałby chociażby Jack Wilshere i jego zawziętość oraz ambicja? A może swój były klub pogrążyłby Lukas Podolski, którego na Allianz Arena również zabrakło? Na te zagwostki nie poznamy już jednak odpowiedzi...

Czy jest to więc sygnał dla właścicieli angielskich drużyn, że pozostała część Europy dogoniła futbol w brytyjskim wydaniu? Patrząc na zespoły, które dostały się do ćwierćfinałów trudno jednoznacznie stwierdzić. Paris Saint-Germain to drużyna zbudowana wokół pieniądze. Podobnie sprawa wygląda z hiszpańską Malagą. Gdy katarskie pieniądze nie płynęły szerokim strumieniem na Parc de Princes i Estadio La Rosaleda o sukcesach tych klubów raczej nie mówiono. I to nie ze względu na niechęć do obu zespołów. Po prostu owych sukcesów nie było.

Real Madryt i FC Barcelona to sprawdzone marki, które wymieniane są w gronie europejskich potęg od kilkudziesięciu lat. Ich obecność w tej fazie Ligi Mistrzów dziwić nie może, choć "Królewscy" tak daleko w najlepszych rozgrywkach piłkarskich na Starym Kontynencie grają ostatnio raz na jakiś czas.

Sporym zaskoczeniem jest tylko obecność mistrza Niemiec, Borussii Dortmund, oraz przedstawiciela tureckiego futbolu - Galatasaray. Przedstawiciele najbardziej popularnego, niemieckiego klubu w Polsce gładko rozprawili się z Szachtarem Donieck, natomiast "Galata" odprawiła z kwitkiem Schalke 04, remisując 1:1 u siebie i wygrywając 3:2 na wyjeździe.

Pytanie brzmi więc, czy dlatego, że klubów angielskich nie ma w ćwierćfinale Ligi Mistrzów mówić można o jakimkolwiek kryzysie piłki na Wyspach? Wydaje mi się, że nie. Arsenal miał wielkiego pecha. Gdyby sędzia nie dopatrzył się spalonego w sytuacji Theo Walcotta (choć Anglik na pozycji spalonej nie był), to najprawdopodobniej przedstawiciele "Kanonierów" w piątek z zaciekawieniem przyglądaliby się losowaniu par ćwierćfinałowych. Podobnie sprawa wygląda z Manchesterem United, który odpadł w 1/8 po konfrontacji z Realem Madryt. Konfrontacji, którą zabił turecki sędzia Cuneyt Cakir wyrzucając z boiska Naniego. Do tego momentu "Czerwone Diabły" kontrolowały grę, były zdecydowanie lepsze od "Królewskich", a co najważniejsze - prowadziły 1:0. Dopiero gra w przewadze jednego zawodnika spowodowała, że Real był w stanie odrobić straty.

Dziś do boju ruszą jeszcze kluby walczące w nieco mniej elitarnych rozgrywkach Ligi Europy. Tu szanse na awans do ćwierćfinału mają aż trzy angielskie zespoły. Największe Tottenham, który pokonał u siebie Inter Mediolan 3:0 i do Włoch pojechał właściwie załatwić wszelkie formalności z tym awansem związane.

W ćwierćfinale może zagrać także Newcastle, które w pierwszym meczu zremisowało bezbramkowo z Anży Machaczkała. Przegrała jedynie Chelsea; 0:1 ze Steauą Bukareszt na wyjeździe. U siebie jednak "The Blues" tę niewielką stratę są w stanie odrobić. Szczególnie, jeśli na murawę Stamford Bridge wyjdą odpowiednio zmotywowani.

W przypadku Ligi Europy nie mówi się więc o żadnym kryzysie angielskiego futbolu. W tych rozgrywkach hiszpańskiego honoru broni Levante, francuskiego Bordeaux, niemieckiego Stuttgart, a włoskiego Inter oraz Lazio. I tylko Rosja, tak jak Anglia, ma jeszcze trzy kluby w 1/16 Ligi Europy.

Wembley w tym roku nie będzie świadkiem tryumfu angielskiego klubu w Lidze Mistrzów. Zapewne zmotywuje to zespoły Premier League do wydania jeszcze większych sum w letnim okienku transferowym. A kupować na Wyspach ma przecież kto. Włodarze Manchesteru City nie zniosą odpadnięcia z Ligi Mistrzów po raz trzeci z rzędu w fazie grupowej. Dla Manchesteru United brak gry w ćwierćfinale Champions League to plama na honorze. Chelsea, która latem zeszłego roku wydała tryliard funtów na nowych piłkarzy i tym razem będzie chciała dodatkowo wzmocnić swój skład. Pytanie, kto zajmie czwarte miejsce premiujące grą w Lidze Mistrzów. Tottenham Andre Villasa-Boasa? Jeśli tak, to przed angielską piłką, pomimo pozorów kryzysu, otwierają się kompletnie nowe możliwości. Możliwości panowania na Starym Kontynencie przez kilka najbliższych lat.