Powered By Blogger

piątek, 29 sierpnia 2014

Odpowiednia droga

Do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego wszyscy wmawiają Tottenhamowi osowiałość na rynku transferowym w tym roku. Okej, zespół z północnego Londynu nie wydaje już tak szaleńczo pieniędzy, jak w ubiegłym letnim okienku transferowym, ale umówmy się: tym razem Spurs nie udało się wytransferować kolejnego Garetha Bale'a. Pomimo tego na White Hart Lane zawitali zawodnicy, z których Mauricio Pochettino mógłby, gdyby chciał oczywiście, zbudować całkowicie nową linię obrony Tottenhamu. I blok ten wcale nie prezentowałby się najgorzej.

Latem zeszłego roku Tottenham szastał na prawo i lewo, ale umówmy się, miał z czego. Gareth Bale kosztował Real Madryt olbrzymie pieniądze, które londyńczycy dość szybko spożytkowali na zakup nowych piłkarzy. W stolicy Anglii pojawili się między innymi Roberto Soldado, Christian Eriksen czy Erik Lamela, a ówczesny menedżer Spurs, Andre Villas Boas, wierzył, że wszystkie kawałki jego układanki od razu zaczną do siebie pasować. Los jednak boleśnie zaśmiał się Portugalczykowi w twarz. Soldado strzelał tylko z rzutów karnych, Lamela nie strzelał w ogóle, pozostali nie prezentowali się lepiej. W zasadzie jedynym pozytywem z jakiego mógł się cieszyć Villas Boas była postawa Eriksena, który, szczególnie w drugiej części sezonu, stał się kluczową postacią pierwszej jedenastki Spurs.

Już wówczas wielu ekspertów sugerowało, że Tottenham kupił za dużo piłkarze w za krótkim czasie, by wszystko od razu zaczęło funkcjonować, jak w szwajcarskim zegarku. Menedżer Arsenalu stwierdził nawet, że zakup trzech zawodników w jednym oknie transferowym, którzy z miejsca wchodzą do podstawowego składu to istna rewolucja, nie ukrywając przy tym w późniejszym czasie swojego zadowolenia z faktu, że jego prognozy się sprawdziły.

Najprawdopodobniej nauczeni tymi doświadczeniami działacze londyńskiego klubu w trwającym jeszcze oknie transferowym działają nad wyraz rozsądnie, choć niektórzy, jak Jamie Carragher, wyrażają opinię, że Tottenham jest wręcz osowiały na rynku transferowym, nie wykonując żadnych spektakularnych ruchów (takich, jak Liverpool chociażby). Legenda klubu z Anfield, a obecnie komentator piłkarski, dodaje jednak, że taka polityka może wyjść Tottenhamowi na dobre. Pierwsze mecze zdają się potwierdzać słowa Carraghera. Piłkarze, którzy zawiedli w zeszłym sezonie powoli stają się pierwszoplanowymi postaciami na White Hart Lane, a przoduje w tym Erik Lamela, któremu do pełnego przełamania brakuje już tylko gola.

Trudno zgodzić się jednak mimo to z tezą, że Tottenham nie jest aktywny na  rynku transferowym. Tego lata na White Hart Lane trafiło pięciu nowych piłkarzy, z których Mauricio Pochettino, gdyby tylko miał taką chęć, mógłby utworzyć całkowicie nową linię defensywną Spurs. Jeden z nich już błyszczy. Mowa tu o Ericu Dierze, który w swoich dwóch pierwszych meczach w barwach Tottenhamu strzelił dwa gole. W Lidze Europy z dobrej strony pokazuje się także Ben Davies. DeAndre Yedlin po zakontraktowaniu przez Spurs trafił z powrotem na wypożyczenie do Seattle Sounders, Michel Vorm został sprowadzony raczej, by pełnić rolę zmiennika Hugo Llorisa, a Facundo Fazio podpisał umowę dopiero w tym tygodniu. Biorąc pod uwagę ruchy z poprzedniego okienka, to dużo, jednak tym razem transfery przeprowadzane są z głową, a poszczególni zawodnicy po prostu pasują do koncepcji nowego trenera Tottenhamu, natomiast ci, którzy nie do końca spełniliby się w takim ustawieniu, jak chociażby Michael Dawson, musieli się z Londynem pożegnać.

Do zakończenia letniego okienka transferowego jeszcze parę dni. Pochettino nie wyklucza, że Tottenham w tym okresie zaprezentuje nowych piłkarzy. Kilku z pewnością północny Londyn także opuści. Kto to będzie? Trudno na tę chwilę spekulować. Fani Tottenhamu muszą po prostu zaufać Pochettino, że obrana przez niego droga okaże się tą odpowiednią.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Transferowa nieświeżość

Pewne rzeczy się nie zmieniają: Arsenal znów nie rozegrał dobrych zawodów, ale mimo to udało mu się z Evertonem nie przegrać. Jak bardzo chciałbym, żeby taką umiejętność wyćwiczyli w sobie także piłkarze Tottenhamu. Czasem nie chodzi bowiem tylko o to, by publiczność cieszyła się z kolejnych, bezproduktywnych podań. Niekiedy wystarczy z zimną krwią wykorzystać tę jedną sytuację w meczu, która może przesądzić o jego losach. "Kanonierzy" to zdecydowanie potrafią, mimo iż ich gra w dniu wczorajszym nie powinna napawać optymizmem kibiców "The Gunners".

Nieświeżość Arsenalu

Letnie transfery Arsenalu, pomimo swojej pozornej niesamowitości, jak na razie także nie pokazują niczego specjalnego. Być może, tak jak w przypadku zeszłosezonowego Tottenhamu, każdy z nich potrzebuje odrobiny czasu, by poczuć styl preferowany na angielskich boiskach. Mowa tu szczególnie o Alexisie Sanchezie, kreowanym przez kibiców i media wszelakie na jedną z największych gwiazd Premier League. Nie sposób nie znaleźć tu konotacji z zawodnikiem lokalnego rywala Arsenalu, Erikiem Lamelą, który pierwszy sezon na Wyspach Brytyjskich także nie może zaliczyć do udanych. Być może olbrzymi koszt poniesiony przez klub na zawodnika plus jeszcze większa presja ze strony kibiców nie posłużyły zarówno Argentyńczykowi, jak i Chilijczykowi. I choć to dopiero druga kolejka, to chyba wszyscy możemy zgodzić się co do jednego: od gracza tego pokroju trzeba oczekiwać zdecydowanie więcej.

Wśród nowych twarzy w podstawowym składzie Arsenalu możemy zobaczyć jeszcze Mathieu Debuchy'ego oraz Caluma Chambersa i chyba tylko ten pierwszy gra obecnie na poziomie uprawniającym go do reprezentowania Arsenalu w najwyższej klasie rozgrywkowej w Anglii. Sprowadzony z Newcastle United prawy obrońca szybko zaadoptował styl preferowany przez "Kanonierów" i udowadnia, że może być świetnym następcą Bacary'ego Sagny. Chambers natomiast, zapewne ze względu na wiek i stosunkowo niewielkie doświadczenie w grze o dużą stawkę nie powinien być jak na razie postrzegany przez pryzmat automatycznego następcy sprzedanego do Barcelony Thomasa Vermaelena. Młody Anglik popełnia zbyt dużo prostych błędów i choć często nie są one zauważalne gołym okiem, gdyż doświadczony Per Mertesacker bardzo szybko rusza na ratunek swojemu młodszemu koledze, to i tak Chambersowi udało się już sprokurować kilka groźnych sytuacji pod bramką Wojciecha Szczęsnego. Wychowanek Southampton dodatkowo w drugim kolejnym meczu obejrzał żółtą kartkę, co może sugerować delikatną nerwowość jego poczynań. Oczywiście, nie jest to równoznaczne ze stwierdzeniem, że Chambers okaże się złym transferem Arsenalu, bo zapewne tak nie będzie. Anglik musi nieco okrzepnąć, nabrać odpowiedniego doświadczenia w walce w europejskich pucharach i wtedy najprawdopodobniej będzie jednym z podstawowych zawodników wyjściowej jedenastki Arsene'a Wengera. Na dzień dzisiejszy nie zdziwiłbym się, gdyby francuski szkoleniowiec "The Gunners" nie zechciał jeszcze przed zakończeniem letniego okienka transferowego wzmocnić swój skład dodatkowym środkowym obrońcą posiadającym już doświadczenie w walce o dużą pulę. Być może wypychany z Liverpoolu Kolo Toure byłby dobrą opcją?

Nieświeżość Chelsea

Letnie roszady w składzie Chelsea jak na razie nie wpływają także odpowiednio na poziom gry zespołu ze Stamford Bridge. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że zeszłosezonowy kolektyw, który przez długą część rozgrywek stanowili "The Blues" został nieco rozbity przez nowe nabytki, które natychmiast pojawiły się w podstawowym składzie. Owszem, Diego Costa ma już na swoim koncie dwa gole, ale poza tymi trafieniami Brazylijczyk nie pokazuje niczego specjalnego, chociaż bez wątpienia jest lepszą opcją w ataku Chelsea od Fernando Torresa. Owszem, Cesc Fabregas zanotował kolejną asystę, ale - zapewne przez zbyt częste grzanie ławki w Barcelonie - nie jest on jeszcze tym Fabregasem, którego znaliśmy z czasów gry w Arsenalu. Jedynym pozytywem jest obecność w składzie londyńskiego klubu Thibaut Courtois, który wygryzł z podstawowego zestawienia Chelsea Petra Cecha i swoimi kolejnymi interwencjami udowadnia, że Jose Mourinho podjął w tym wypadku świetną decyzję. Wczorajsza interwencja w sytuacji sam na sam z Davidem Nugentem tylko potwierdza te słowa.

O Filipe Luisie czy Kurcie Zumie na chwilę obecną nie możemy nic stwierdzić, gdyż Brazylijczyk przegrywa walkę o podstawowy skład z Branislavem Ivanoviciem (i nic nie wskazuje zresztą na to, by w najbliższym czasie miało się to jakkolwiek zmienić), natomiast ten drugi najprawdopodobniej zostanie wypożyczony do innego klubu angielskiej Premier League, by okrzepnąć w lidze, bądź też będzie wystawiany w mniej ważnych spotkaniach. Didier Drogba natomiast nie został sprowadzony z powrotem na Stamford Bridge, by odgrywać tam pierwsze skrzypce. Zawodnik z Wybrzeża Kości Słoniowej najprawdopodobniej stosowany będzie przez Mourinho w roli straszaka na innych, gdy Diego Costa na przykład stanie się Diego Costą, którego pamiętamy z drugiej połowy sezonu w Atletico Madryt.

Świeżość Swansea

Na letnich transferach, postrzegając je przez pryzmat niepełnych dwóch kolejek, jak na razie najlepiej wyszła chyba Swansea. Walijczycy wzmocnili swój skład Gylfim Sigurdssonem, który już wyrasta na lidera drużyny "Łabędzi". Zagadką na lata pozostanie dla mnie pytanie, dlaczego Islandczyk nie sprawdził się na White Hart Lane, bo widząc jego pasję, umiejętności i sposób gry prezentowany w Swansea nie jestem w stanie zrozumieć tego, co stało się z Sigurdssonem w Londynie. Być może nie pasowało mu stołeczne powietrze, a być może nie był po prostu wystawiany na swojej pozycji. Szkoda, że Mauricio Pochettino z taką łatwością postanowił pozbyć się Siggurdsona. Być może Argentyńczykowi udałoby się wydobyć z islandzkiego playmakera to, co najlepsze. Mi pozostaje pluć w brodę, że w zasadzie bezsensownie straciliśmy piłkarza, który na samym starcie sezonu prezentuje się najlepiej; nie tylko w Swansea, ale chyba w całej Premier League. Kibice "The Swans" natomiast skaczą pod sufit zachwalając świetny transfer przeprowadzony przez swojego prezesa.

Raczej niezauważalna jest także strata Bena Daviesa. Powracający do składu Neil Taylor udowadnia, że nie ma większego problemu z tym, by grać na poziomie swojego młodszego kolegi, z czego na pewno zadowolony jest menedżer "Łabędzi", Garry Monk.

Dobrymi ruchami okazują się także transfery Bafetimbi Gomisa z Lyonu oraz Jefferson Montero
z Morelii. Obaj, choć jak na razie na boisku pojawiali się tylko w roli zmienników, pokazali duży talent do gry, a fani "Łabędzi" z pewnością będą niezwykle zadowoleni z tych zakupów. Już sama możliwość wybierania między Wilfriedem Bonym a Bafetimbi Gomisem powinna stanowić miód na uszy dla fanów Swansea.

Ja natomiast siedzę, jakby nic się nie stało i wciąż czekam, aż większość zeszłosezonowych transferów Tottenhamu w końcu udowodniła, że wydane na nich pieniądze nie zostały wyrzucone w błoto. Eriku Lamelo, Robercie Soldado, zacznijcie w końcu, do cholery, grać na swoim poziomie!

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Czeka nas piękny sezon

Tak niewiele brakowało, a bylibyśmy świadkami jednego z najbardziej zaskakujących początków Premier League w historii ligi. Przecież gdyby Mark Noble wykorzystał karnego, West Ham najprawdopodobniej odprawiłby z kwitkiem Tottenham. Przecież gdyby James Puncheon nie dostał czerwonej kartki w końcówce spotkania, skazywane na pożarcie Crystal Palace pewnie utrzymałoby remis na Emirates Stadium. Przecież gdyby Newcastle strzelało celniej, Manchester City wcale nie musiał zdobyć na St. James' Park pełnej puli. A w pamięci mamy jeszcze remis Evertonu z Leicester oraz porażkę Manchesteru United ze Swansea. Tak, to zdecydowanie było wielkie otwarcie wielkiego sezonu.

Niepełny Manchester

Jeśli spojrzelibyśmy na grę i wyniki Manchesteru United w spotkaniach przedsezonowych, Swansea City na Old Trafford powinna kończyć spotkanie z zerem po stronie zdobyczy i kilkoma golami po stronie strat. Okazało się jednak, ku ogromnemu zaskoczeniu kibiców "Czerwonych Diabłów", że drużyna Louisa van Gaala potrzebuje jeszcze sporo czasu, by wszystkie jej tryby zaczęły ze sobą odpowiednio współpracować. Garry Monk świetnie przygotował swój zespół, a kluczem do zdobycia twierdzy (choć po ostatnim sezonie nie wiem, czy można tak o Old Trafford jeszcze mówić) Manchesteru okazał się Gylfi Sigurdsson. Sprowadzony z Tottenhamu Islandczyk rozegrał świetne zawody, najpierw wypracowując gola, a następnie samemu ustalając wynik spotkania. Może się okazać, że dwa lata spędzone na White Hart Lane tylko zatrzymały rozwój talentu islandzkiego pomocnika. Wszak to właśnie z Walii, gdzie spisywał się świetnie, Sigurdsson trafił do północnego Londynu. Tam nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań i przed rozpoczętym właśnie sezonem wrócił na Liberty Stadium. Kibice "Łabędzi" z pewnością są w siódmym niebie, zważywszy na to, jak Sigurdsson zaprezentował się w swoim pierwszym meczu po powrocie do Swansea.

Van Gaal natomiast ma trudny orzech do zgryzienia. Jego zespołowi wciąż brakuje pazura i kilku zawodników na kluczowe pozycje. Konieczność postawienia na młodych: Tylera Blacketta czy Jesse Lingarda dobitnie to potwierdziła. Do końca letniego okienka transferowego pozostało jednak jeszcze trochę czasu. Być może "Czerwone Diabły" sięgną do sakiewki i wzmocnią swój skład kilkoma klasowymi piłkarzami. Pierwszy mecz sezonu pokazał, że United składu kompletnego jeszcze nie mają.

Krajobraz po Pulisie

Gdy kilka dni temu, jak grom z jasnego nieba, spadła na nas wiadomość o rozstaniu Tony'ego Pulisa z Crystal Palace chyba mało kto liczył, że piłkarze "Orłów" będą w stanie zaprezentować się z dobrej strony na Emirates Stadium. Chyba nawet sami kibice londyńskiego klubu nie specjalnie wierzyli, że na stadionie Arsenalu uda im się powalczyć o coś więcej, niż honor. Tymczasem, pomimo rzecz jasna oczywistej przewagi, Arsenal bardzo długo męczył się z zawodnikami Crystal Palace, nie potrafiąc sforsować defensywy dowodzonej przez sprowadzonego z Fulham Brade Hangelanda (dla Norwega debiut w barwach Crystal Palace był niezwykle udany, gdyż pomimo porażki, udało mu się pokonać stojącego między słupkami bramki Arsenalu Wojciecha Szczęsnego).

Honor "The Gunners" uratował dopiero niezawodny Aaron Ramsey, który w 91 minucie pokonał Juliana Speroniego. Kilka chwil wcześniej z boiska, po obejrzeniu drugiego żółtego kartonika, zejść musiał James Puncheon.

Początki nigdy nie bywają łatwe. Przemeblowana linia defensywna Arsenalu potrzebuje czasu, by stanowić monolit, a Calum Chambers jest jeszcze odrobinę za mało doświadczony, by stanowić pełnoprawnego następcę Thomasa Vermaelena, ale i tak na Emirates wszystko zmierza w odpowiednim kierunku. Bo choć część piłkarzy "Kanonierów" nie rozegrała najlepszego meczu, a inni, jak chociażby Mesut Ozil, nie pojawili się na boisku w ogóle, to i tak kibice Arsenalu mają spore podstawy do zachowania optymizmu na nadchodzący sezon.

Tottenham i cała reszta

Tottenham natomiast sezon rozpoczął szczęśliwie. Bo choć od 30 minuty grał w osłabieniu, to ostatecznie udało mu się wywieźć z Boleyn Ground pełną pulę. O wyniku zadecydował Eric Dier, który w 92 minucie znalazł się w sytuacji sam na sam z golkiperem "Młotów" i pewnie szansę wykorzystał. Zimna krew, jaką zachował w tej sytuacji młody Anglik imponuje tym bardziej, że przecież był to jego debiut w barwach "Kogutów", a dodatkowo Dier jest... środkowym obrońcą! W decydującej o losach meczu akcji zachował się jednak niczym rasowy napastnik.

Mauricio Pochettino powoli wprowadza w życie swoją wizję Tottenhamu. W sobotę jej zarys widzieliśmy tylko do momentu zejścia z boiska Kyle'a Naughtona. Bardzo ciekawe wydaje się ustawienie w środku pola Nabila Bentaleba oraz Etienne'a Capoue, którzy dobrze się uzupełniali. Gdy Naughton ujrzał czerwoną kartkę, Capoue został przesunięty na środek obrony, a rolę defensywnego pomocnika pełnił młody Algierczyk i obaj ze swoich zadań wywiązali się śpiewająco. Pomimo gry w przewadze, West Ham nie stworzył sobie dogodnych okazji, a gdy stan liczebny na boisku wyrównał się (druga żółta, a w konsekwencji czerwona kartka dla Jamesa Collinsa), Tottenham ruszył do ataku, czego uwieńczeniem było rozstrzygające trafienie Diera.

Wystarczająco długo czekaliśmy na powrót Premier League. Pierwsza kolejka pokazała nam jednak, że tęsknić i czekać było warto. Przed nami piękny sezon.